Tenchi PBF   »    Rekrutacja    Generator    Punktacja    Spis treści    Mapa    Logowanie »    Rejestracja


[Poziom 1] Drax vs NPC (Salvator Fabris) - walka 1
 Rozpoczęty przez »Drax, 15-04-2016, 23:49
 Zamknięty przez Lorgan, 30-04-2016, 00:55

6 odpowiedzi w tym temacie
»Drax   #1 
Yami


Poziom: Wakamusha
Posty: 242
Wiek: 30
Dołączył: 06 Sie 2010
Skąd: Gliwice

Dramatis personae:
Drax
Salvator Fabris




W poprzednim odcinku napisał/a:
Hawtin odsapnął i uspokoił targające nim emocje. Walka była zakończona, a w okolicy można już było usłyszeć sygnał zbliżającej się straży pożarnej. Trzeba było się ulotnić z tego miejsca. Musiał jeszcze tylko odnaleźć swoją czarną katanę. Rozejrzał się dookoła, lecz nie potrafił jej zlokalizować.
- Tego szukasz?
Hawtin odwrócił się błyskawicznie w kierunku zasłyszanego głosu, a płonąca nienawiść ponownie zagościła w jego sercu, lecz tylko na sekundę.
Głos nie należał do zabójcy z Białej Róży.



Hawtin zmrużył oczy, próbując wzrokiem przeniknąć falującą pod wpływem pożaru ciemność. Nic to niestety nie dało i tajemnicza postać wciąż pozostawała wyłącznie słabo widocznym konturem. Jednakże ten głos… Młodzieniec nie był do końca tego pewien, lecz miał nikłe wrażenie, iż gdzieś go już kiedyś słyszał. Tylko gdzie i kiedy? Po chwili błyskawicznego szperania w zdradliwej pamięci, skonkludował jedynie pojedynczy, acz ważny fakt: Nag. Spotkał go jeszcze za czasów szczenięcych. Czyżby tajemniczy jegomość był w jakiś sposób związany z Cesarską Akademią Taktyczną, lub dworem ojca Marcusa? Jeśli nie, to gdzie indziej mógł go już spotkać?
- Ktoś ty? – zapytał Widmowy Rycerz, może trochę zbyt obcesowo, lecz niezbyt go interesowały w tym momencie jakiekolwiek formy grzecznościowe.
Kontur poruszył się lekko, lecz w tych przeklętych ciemnościach młodzieniec nie mógł tego stwierdzić na pewno. Tajemnicą również pozostawały jego zamiary, a że pozostawał uzbrojony – i to w jego własną broń! – toteż Hawtin napiął wszystkie mięśnie w gotowości, wypatrując jakiegokolwiek gwałtownego ruchu.
- Odpowiadaj! – wycedził, gdy nie doczekał się żadnej odpowiedzi i na wszelki wypadek przyjął jedną z wytrenowanych form Hiten Mitsurugi-ryuu.
Nagle w płonącej kamienicy coś eksplodowało, wyrzucając w powietrze całą chmarę płonących fragmentów dachu. Nagijczyk odskoczył w uniku przed jednym z nich, spuszczając z oczu tajemniczą postać dosłownie na moment, lecz to wystarczyło. Gdy ponownie skierował wzrok w tamtym kierunku, nikogo już nie ujrzał. Nieznajomy przepadł, a czarna katana razem z nim.


***



Pettone nerwowo otwierał wszystkie zamki w drzwiach, nie chcąc by osoba stojąca na korytarzu musiała długo czekać. Niestety, większość z nich zamontował dopiero niedawno, gdy młody zabójca z Phantom Knights wszedł w najbardziej krwawą fazę sporu z Białą Różą, i teraz miał problem by sobie z nimi sprawnie poradzić. Miał tylko nadzieję, że niedługo sytuacja się uspokoi na tyle, by mógł z powrotem zdjąć zamki. Bezpieczeństwo to jedno, a wygoda to drugie…
- Jestem już na to wszystko za stary… - sapnął, odblokowując ostatnie zabezpieczenie i otworzył drzwi na oścież.
Marcus wpadł do środka niczym poparzony, niemal taranując przy tym swojego podstarzałego sprzymierzeńca.
- Daj mi coś mocnego, Pettone – rzucił i od razu skierował swe kroki do salonu, nie czekając nawet na reakcję tamtego.
Stanął jednak jak wryty w progu i odruchowo sięgnął za rękojeść jataganu – księgowy nie był sam.
Na jednym z wysłużonych foteli, założywszy nogę na nogę, siedział elegancko ubrany, czarnowłosy mężczyzna w okolicach trzydziestki. Nie drgnął nawet na widok wpadającego młodzieńca w potężnym pancerzu i potarganym płaszczu. Dopiero po krótkiej chwili skinął mu głową, lecz w jego spojrzeniu, można było wyczytać nieskrywaną naganę. Niemal pogardę.
Hawtin poczuł jak krew ponownie zaczyna mu szybciej krążyć w żyłach. Miał już serdecznie dosyć nieznajomych tej nocy. Szczególnie takich, którzy niszczą mu kryjówki, kradną broń lub patrzą właśnie w taki sposób, jak ten tutaj.
- Kim… - zaczął, odwracając się w stronę księgowego, lecz nie dane mu było dokończyć.
- Ben Blackstar. Należę do Phantom Knights, podobnie jak Ty – przerwał mu szorstkim głosem główny zainteresowany.
Marcus przez kilka sekund nie mógł z siebie wydusić słowa. Po raz kolejny dał się zaskoczyć tej nocy, zupełnie nieprzygotowany na bieg wydarzeń podrzucony mu przez los.
Inny Widmowy Rycerz! Tylko czy na pewno? Może to był kolejny z zabójców Białej Róży?
- Udowodnij – odparł w końcu, nie spuszczając dłoni z rękojeści miecza.
Kącik ust Bena uniósł się lekko, lecz oczy pozostały zimne, taksujące.
- Jak? Damien podał ci jakieś hasło? A może mam pokazać legitymację?
- Uważaj na słowa, Blackstar, czy jak tam…
- Nawet nie próbuj mi grozić, młodziku. Na twoim koledze – skinął na Pettone’a stojącego za plecami Marcusa – może to robić wrażenie, na mnie wręcz odwrotnie – mężczyzna poruszył się, jakby chciał wstać, lecz po chwili ponownie oklapł, a z jego twarzy zniknęło niezadowolenie. – No, ale… Nie przyleciałem tu, żeby się z Tobą spierać, nowy…
Hawtin rozluźnił nieco ramiona, dopiero teraz czując, jak bardzo spięty był dotychczas. Nie miał jednak zamiaru tak szybko zaufać temu zadufanemu dupkowi i nie ruszył się z miejsca.
- Po co w takim razie przyleciałeś? Czego ode mnie chcesz?
- Ja? Niczego. Nie jestem tu z własnej woli – oznajmił spokojnie i pociągnął łyk z filiżanki stojącej na stoliku. – Babilon ma jednak jakieś plusy – dodał z aprobatą w głosie i napił się ponownie.
- Nie z własnej woli? – niczym echo powtórzył za nim Marcus.
- Nie. Damien uznał, że walka z Białą Różą najwidoczniej cię przerasta i nakazał mi się tym zająć. Krótko mówiąc, przejmuję sprawę.
Marcus rozszerzył oczy, nie mogąc uwierzyć w to co właśnie usłyszał. Jak on śmiał?!
- Dlaczego… dlaczego tak sądzicie? – zapytał, z niemałym wysiłkiem utrzymując spokój.
- Ja nic nie sądzę. Spełniam jedynie polecenia. Miałeś zniszczyć Elenę Orsini i miałeś mnóstwo czasu by to uczynić. Nie udało ci się, trudno. Nie przede mną będziesz odpowiadał, kolego - oznajmił spokojnym tonem nowopoznany towarzysz i oparł brodę na splecionych palcach obu dłoni
- Jak dotychczas odnosiłem same sukcesy… - próbował się bronić Nagijczyk, choć taka postawa nie przychodziła mu łatwo.
Czuł się zdradzony i oszukany. I bardzo niepewny tego, czy słusznie. Czyżby Lockheart się spodziewał, że od razu zaatakuje rezydencję Orsini? Pewnie on sam właśnie tak by uczynił – były porucznik nie był znany ze stosowania półśrodków. Tymczasem Marcus preferował bardziej... delikatne podejście. Szczegółowe – to było lepsze słowo. I był już niemal u kresu swej drogi! Przecież raptem kilka godzin temu załatwił najprawdopodobniej najgroźniejszego zabójcę Białej Róży! I właśnie teraz, teraz!, chcieli go zatrzymać.
- Nie pozwolę Ci na to… kolego – wycedził, patrząc spod byka na starszego Widmowego Rycerza.
Ten się jednak nie przejął agresywną zmianą w podejściu młodzieńca i tylko lekko przechylił głowę, a jego usta ponownie wygięły się w niemal niezauważalnym uśmieszku.
- No cóż… Planowałem zacząć od jutra.


***



Niebo z głębokiej bezksiężycowej czerni powoli zaczęło przechodzić w odmęty szarości, gdy nad rezydencją Orsini rozległ się warkot pracującego na pełnych obrotach śmigła. Helikopter będący własnością jednego z niegdysiejszych kontrahentów obecnej właścicielki ogromnej posesji nie mógł pozostać niezauważony. To jednak nie robiło zabójcy żadnej różnicy – prędzej czy później i tak natknąłby się na liczną grupę ochroniarzy Eleny, a używszy tej metody ominął bezproblemowo pierwsze zasieki wroga przy ogromnej bramie frontowej.
- Wystarczy! – Krzyknął do pilota i zbliżył się do krawędzi pokładu, spoglądając z satysfakcją w dół, na zdezorientowanych członków Białej Róży rozrzuconych na ogromnej połaci podwórza.
- Co teraz?! – Odwrzasnął pilot, odwracając się na moment do swojego pasażera.
Jego jednak już nie było.
Hawtin pikował w dół, prosto na jeden z tarasów rezydencji, kalkulując w głowie, kiedy powinien sięgnąć po swoją moc. Nigdy nie trenował takiego manewru, lecz święcie wierzył, że mu się uda. Musiało się udać! W innym wypadku, nawet Praetorian nie uchroniłby go przed zmianą w krwawy placek.
Teraz!
Od miejsca lądowania dzieliło go już tylko kilkanaście metrów i nie mógł czekać dłużej. Wezwał umysłem swoją nadludzką moc i nakierował ją na siebie. Potężny wicher, który zerwał się na polecenie Nagijczyka posłusznie wypełnił wolę swego pana i uderzył w niego potężną falą, wytrącając cały jego pęd.
Marcus opadł gładko na wykafelkowanym podłożu, lecz na wszelki wypadek przekoziołkował, chcąc w ten sposób całkowicie pozbyć się wstrząsu związanego z lądowaniem. Wstał i, nie zwlekając ani chwili dłużej, rzucił się biegiem do środka rezydencji, po drodze wyważając bogato zdobione drzwi tarasowe.


***



Salvator Fabris skulił się na dźwięk kolejnego wystrzału dobiegającego gdzieś z wnętrza ogromnej rezydencji. Miał wrażenie, że tym razem był on znacznie głośniejszy od poprzedniego, a to świadczyło tylko o jednym – Widmowy Rycerz był już blisko, nieubłaganie prąc w kierunku głównego gabinetu głowy Białej Róży.
- Przestań się trząść, Salvator – syknęła ta ostatnia, chociaż na jej twarzy również malował się lekki niepokój. - Zacznij wreszcie zachowywać się jak mężczyzna – dodała, jak już wiele razy w przeszłości.
Elena przeklinała w myślach niemal non stop. Oto zbliżała się godzina próby, a ona miała przy sobie tego niewydarzonego szczeniaka! Zdecydowanie wolałaby, aby stał teraz obok niej Di Angelo, albo chociażby Lolita, lecz niestety nie miała takiego luksusu – ten pierwszy poległ wcześniej tej nocy, a była towarzyszka Coltisa koordynowała obronę posiadłości po jej drugiej stronie, w ogrodach – gdzie najbardziej spodziewali się ataku.
Przeliczyli się oboje. Di Angelo, który był jej najbardziej wprawionym zabójcą, nie dał rady w bezpośredniej walce swemu rywalowi, z kolei Powers nie doceniła jego bezczelności. Dziewczyna twierdziła, że pojedyncza osoba nigdy nie ośmieli się na frontalny atak na rezydencję i najpewniej będzie próbowała się zakraść od strony słabiej chronionych ogrodów. I teraz, poganiana przez Elenę, gnała ile sił w nogach z powrotem do rezydencji, by naprawić swój błąd.
Kolejna seria wystrzałów ucichła szybciej niż się zaczęła. Tym razem było już naprawdę blisko.
Orsini spojrzała na ostatniego z zealotów pod jej rozkazami. W chłopaku krył się naprawdę spory potencjał, ale jego niedorobiona psychika nie pozwalała mu go całkowicie wykorzystać. Swoimi umiejętnościami przewyższał nawet Alexandra… Tylko co z tego, skoro bał się własnego cienia? Gdy uświadomił sobie, że to na jego barkach najprawdopodobniej spocznie ciężar walki z Widmowym Rycerzem, zaczął się trząść niczym w febrze.
Po drugiej stronie drzwi gabinetu rozległy się okrzyki.
- Szykuj się, Fabris. Pokaż mi, że nie zmarnowałam na ciebie czasu – warknęła, wycofując się za solidne biurko.
Wiedziała, że nie była to najlepsza mowa motywująca, lecz nie miała zamiaru się wysilać. Na blondyna i tak nic by nie podziałało. Musiała liczyć na to, iż strach przed śmiercią weźmie u niego górę nad strachem przed napastnikiem.


***



Hawtin wyzwolił swoją moc i silny podmuch wiatru niemalże wyrwał z zawiasów drzwi do gabinetu. Idealnie naprzeciw wejścia stało solidne biurko, a za nim – jego cel. Głowa przestępczej organizacji, która odważyła się rzucić wyzwanie samemu Damienowi Lockheartowi.
Elena Orsini pozostała niewzruszona. Z niezmąconym spokojem przyglądała się wtargnięciu intruza, jakby właśnie przyjmowała kolejnego ze swoich licznych kontrahentów. Zdobyła się nawet na uprzejmy uśmiech, pod którym jednakże kryła się szczera nienawiść i żądza mordu.
Mimo wszystko, młodzieniec odczuł coś w rodzaju podziwu dla jej opanowania. Trzeba było jej to oddać, ta kobieta miała klasę. Spodziewał się raczej przerażenia, wrzasków, albo błagania o litość. Nic z tych rzeczy – Orsini mogła być ostatnią szują, lecz posiadała w sobie spory pierwiastek damy. No i była piękna. Prawdopodobnie najpiękniejsza ze wszystkich przedstawicielek przeciwnej płci, które dotychczas młodzieniec spotkał na swej drodze.
- Cały czas zastanawiałem się, co mam powiedzieć, gdy już Cię spotkam, pani Eleno, ale muszę przyznać…
- Daruj sobie kurtuazję, młodziku – jej słowa smagnęły go niczym bat. – Podpisałeś na siebie wyrok śmierci i żaden sztuczny komplement nie poprawi twojej sytuacji.
Marcus nie mógł pohamować rozbawienia. Czar wzniosłości prysł, zastąpiony przez butę wywołującą jedynie śmiech i politowanie.
Przekroczył próg gabinetu i schował do pochwy obydwa ostrza. Nie będą mu przez chwilę potrzebne – Orsini nie była wojownikiem. Spodziewał się, co prawda, iż ta wyciągnie broń, lecz nie czuł żadnych obaw – Praetorian był na posterunku. Podejrzewał jednak, że to właśnie z tego powodu brała się jej arogancja. Bo z jakiego innego? Jakiego asa mogła jeszcze chować w rękawie?
Jakby słysząc jego myśli, Elena wykrzyknęła jakieś imię. Uniósł brwi w wyrazie zaskoczenia. Miała jeszcze jednego zabójcę pod swoimi rozkazami, który, jak mogła uważać, był na tyle silny by się z nim zmierzyć? A może miała na myśli tą całą Stingbee? W końcu nie napotkał jej wcześniej podczas przemierzania niezliczonych korytarzy posiadłości. Jeśli tak, to czekało ją spore rozczarowanie. Już raz skatował tamtą dziewczynę i bez większych problemów mógłby to powtórzyć.
To jednak nie była Lolita Powers. Do pomieszczenia wszedł młody, kruchej budowy blondyn przyobleczony w powyciągany sweter. Uzbrojony był w krótki miecz o cienkim ostrzu, lecz w jego postawie nie było nic, co by wskazywało, że potrafi się nim posługiwać. Przerażenie na twarzy i trzęsące się kolana dopełniały obraz kompletnego przeciwieństwa wykwalifikowanego zabójcy.
- Chyba żartujesz. To – wskazał podbródkiem na nowoprzybyłego – mnie obraża – rzekł Marcus chłodnym tonem.
Elena nie zareagowała na jego słowa, tylko zwróciła się do swego podwładnego.
- Wiesz co masz robić, Fabris.
- A… a… ale – wyjąkał chłopak, nie odrywając wzroku od Widmowego Rycerza.
- Fabris!
Podniesiony głos podziałał jak bat. Chłopak nazwany Fabrisem wzdrygnął się, lecz ruszył do ataku.
Nagijczyk zaklął i błyskawicznie wyszarpnął swoje ostrza, przyjmując jednocześnie bojową postawę. Hiten Mitsurugi-ryu powinno mu pozwolić na szybkie zakończenie sprawy, by mógł ponownie zająć się Eleną nim zjawią się kolejni jej ochroniarze.


***



Po pięciu minutach zmagań Widmowy Rycerz przeklinał samego siebie za niedocenienie tego chłystka. Najpierw stracił swoją broń – oba jatagany, nie przypominające już w żaden sposób mieczy, leżały powykręcane na podłodze gabinetu. Później, kierowany wiarą w swój niezwykły pancerz, przyjął na siebie cięcie przeciwnika i to był kolejny błąd. Okazało się bowiem, iż rozżarzone ostrze chłopaka miało o wiele większą siłę przebicia od włóczni starszego kolegi z Białej Róży, której to użądlenia Praetorian tak dzielnie znosił przed paroma godzinami. Tym razem jednak zbroja nie wytrzymała i Hawtin krwawił z podłużnej rany przebiegającej wzdłuż całej klatki piersiowej.
Na szczęście zdołał się nieco odchylić, gdy uświadomił sobie tamten błąd, w innym wypadku już najpewniej by nie żył. Niestety, rana i tak piekielnie dawała mu się we znaki i , chociaż żar pochodzący z miecza Fabrisa sprawił, że krwawiła raczej mało, każdy kolejny unik był istną mordęgą. Marcus zdawał sobie sprawę, że musi naprawdę szybko opracować jakiś plan działania, bo mogło być naprawdę kiepsko.


Drobny zealota ciął na odlew i nie zrażając się kolejnym unikiem przeciwnika, kontynuował swój atak. Mimo przewagi, jaką udało mu się uzyskać, nadal cały czas obawiał się nadczłowieka i jego możliwości – w końcu ten pokonał samego Alexandra Di Angelo, a to był nie lada wyczyn. Salvator był pewien, że jemu by się taka sztuka nie udała. Sama myśl o próbie wywoływała w nim gęsią skórkę. Elena Orsini jednakże wydała rozkaz i musiał go wypełnić. Tej kobiety obawiał się jeszcze bardziej niż dwójki zabójców.
Chciał uderzyć ponownie, gdy nagle spostrzegł ze zdziwieniem, że uzbrojona ręka odmawia mu posłuszeństwa. W zasadzie to wcale nie czuł by miał rękę. Spojrzał na nią ze zdziwieniem – była na swoim miejscu i nie wyglądała na uszkodzoną. Była tylko… zimna? Ciężko stwierdzić.
Przemyślenia przerwał mu solidny kopniak pod kolano. Trafiona noga uciekła do tyłu i Fabris zwalił się na posadzkę, gdzie dosięgnęły go kolejne uderzenia opancerzonego buta. Skulił się w próbie zminimalizowania obrażeń, lecz niewiele to pomogło. Z oczu pociekły mu łzy.


Marcus przestał kopać, gdy miał już całkowitą pewność, że młodzik się nie podniesie. Musiał przyznać, że nieco się przy tym zmachał, a rana odzywała się przy każdym uderzeniu. W końcu jednak mu się udało. Nie był to może zbyt wyrafinowany sposób, jednak to skuteczność miała w tym momencie priorytet.
Odwrócił się w kierunku Eleny. O dziwo, nie uciekła z gabinetu podczas walki – widocznie naprawdę liczyła na swojego chłoptasia. I się przeliczyła. Znalazło to odzwierciedlenie na jej twarzy, na której nareszcie pojawił się strach. Marcus prychnął na ten widok. Wczas!
Potem jego wzrok powędrował na dół – na wycelowaną prosto w niego lufę pistoletu. Huknęło, a po sekundzie jego ciałem targnął silny wstrząs. I tyle. Praetorian może i nie dał rady zaklętemu ostrzu, lecz kula nie była dla niego odpowiednim wyzwaniem.
Widmowy Rycerz syknął i gestem pokierował wiatr, który naparł na wyprostowaną rękę Babilonki, wytrącając z niej broń. Pistolet pofrunął w powietrzu i z głuchym stuknięciem uderzył o drewniane panele pokrywające ścianę gabinetu.
- To koniec – warknął i szybkim krokiem skrócił dystans do kobiety.
- Nie zbliżaj się! – Wrzasnęła przeraźliwie, cofając się w panice – Fabris!
- On ci już nie pomoże – mruknął, lecz na wszelki wypadek obejrzał się za siebie.
Zamarł. Zealota podnosił się właśnie z podłogi, jakby nigdy nic, ponownie dzierżąc swój rozżarzony miecz. Widać po nim było niedawne kopniaki, lecz nie w takim stopniu, jak powinno. Kolejne zaklęcie?
Widmowy Rycerz zaklął i w tym samym momencie przypomniał sobie o pistolecie Eleny. Rzucił się w tamtym kierunku dokładnie w tym samym momencie, gdy młody mag zaszarżował.
Nadczłowiek był jednak szybszy. Minimalnie. Sięgnął po spluwę i bez dłuższego celowania, nacisnął jej spust kilka razy. I tym razem Fabris nie miał szans, by wypaczyć metal, jak to miało miejsce w przypadku jataganów.
Kule przeszyły wątłe ciało zealoty, a ten ponownie upadł na posadzkę, szybko tworząc obficie czerwoną kałużę.
Hawtin stęknął, podnosząc się z kucek i kolejnym wystrzałem upewnił się, że tym razem przeciwnik już się nie podniesie.
- Nareszcie sami – oznajmił Elenie z ponurą satysfakcją i przyciągnął ją do siebie siłą wichru, a następnie stuknął ją rękojeścią jej własnego pistoletu w głowę.
Gdy straciła przytomność, zarzucił sobie ją na ramię i, krzywiąc się z bólu, rozpoczął ucieczkę z posiadłości.



---------------------------------------------

Dzięki za przeczytanie walki.
W trakcie czytania mogły wam się nasunąć pewne pytania, np. gdzie się podziała w tym wszystkim wspomniana w tekście Stingbee i cała reszta ochrony, kim jest tajemnicza postać z pierwszego akapitu, czy też co się stało z Marcusem i Eleną. Otóż wszystkie te aspekty pojawią się w następnych opowiadaniach ;)


Per aspera ad astra.
   
Profil PW Email
 
 
»Sorata   #2 
Yami


Poziom: Genshu
Posty: 1471
Wiek: 36
Dołączył: 15 Gru 2008
Skąd: TG

Od strony technikaliów, nie mam ci nic do zarzucenia. Przeczytałem kilkukrotnie i czasem tylko nie zgadzało mi się jakieś słowo (np. "Wczas!") albo przecinek " zarzucił sobie ją na ramię i, krzywiąc się z bólu,". Piszesz sprawnie i tutaj spokojnie 3 punkty do przodu.

Jestem fanem ciągłości pisania, więc za zakotwiczenie wpisu w serii masz już pierwszy punkt za klimat. Do momentu gdy spektakularnie lądujesz ze śmigłowca (loved it!) wszystko wskazywało na to, że będzie maksimum 4 punktów. Również "flow" walki z Fabrisem, wyniosłe zachowanie Orsini usprawiedliwienie rozmieszczenia przeciwników i podsumowanie całej misji doskonale się czytało. Niefortunnie jednak się złożyło, że zdecydowałeś obciąć kluczowe informacje o tym, co się stało ze Stingbee i całą ochroną. Jedyną wskazówką, jaka mogła by zasugerować ich nieobecność po pięciu minutach walki jest akapit z Blackstarem, ale dla mnie to trochę za mało. Również końcówka starcia trochę mnie zdziwiła.
Czy umowa z Lorganem obejmowała możliwość uśmiercania NPCów? Kilka strzałów w korpus i jedno "upewnienie się" (Dla zabójcy to raczej strzał w głowę, prawda?). Mam trudności z ujrzeniem, jak Fabris miał by to przeżyć bez wykazania niekompetencji Markusa, ale zdecydowałem, że to nie będzie miało wpływu na klimat. Ujmę to w mechanice. Już wystarczająco trudno jest wynaleźć sposób na pozbycie się przeciwnika bez zabijania. Klimat 3/4.

To co zbudowałeś umiejętnością pisania i budowania klimatu, zburzyłeś odrobinę niewystarczającą w moim mniemaniu analizą przeciwnika. Jego zachowanie jest zgodne z opisem i wystarczająco "pierdołowate". Niestety utrzymał tą manierę również w walce. Miałem wrażenie, że walczysz z machającym cepem chłopkiem, a nie zabójcą lepszym od di Angelo. Jego styl walki polega na morderczych kombinacjach zaklęć, a ani razu nie użył Hakkaten do przyspieszenia (nawet gdy cię rozbroił). Rozbłyski ognia wspaniale podkreśliłyby waszą wymianę. Nie wydrenował cię również z douriki, a taka zbieżność statystyk aż się o to prosiła. Podobało mi się za to użycie kombinacji medycyny i Arreglar, żeby mógł się podnieść. Niestety tu pojawia się największy zgrzyt mechaniczny - jak postać z witalnością 3 (zakładając, że nie był dostrojony) przeżyła kilkukrotny postrzał i "upewnienie się"?. Zgodność ze światem gry padła na pysk: 1/3.

W sumie: 7/10

Głosuję na remis.


Kryteria oceny walk: Klimat 4/10 Mechanika 3/10 Warsztat 3/10. W razie wątpliwości - konsultuj. Pomoc: https://tenchi.pl/viewtopic.php?p=17457#17457
   
Profil PW Email
 
 
^Genkaku   #3 
Tyran
Bald Prince of Crime


Poziom: Genshu
Stopień: Senshu
Posty: 1227
Wiek: 36
Dołączył: 20 Gru 2009
Skąd: Raszyn/Warszawa

Drax,
Podczas czytanie w oczy rzuciło mi się kilka powtórzeń. Np tutaj:
Drax napisał/a:
Chciał uderzyć ponownie, gdy nagle spostrzegł ze zdziwieniem, że uzbrojona ręka odmawia mu posłuszeństwa. W zasadzie to wcale nie czuł by miał rękę. Spojrzał na nią ze zdziwieniem

a wcześniej jakieś tam zamki, drzwi etc. Poza tym pozostałe techniczne sprawy wydają się być ok. Cały czas mam wrażenie, że to wciąż nie ten sam wysoki poziom warsztatowy jaki prezentowałeś kiedyś. Z drugiej strony nadrabiasz sporo klimatem i historią. Przyznam, że ten ciągnięty przez ciebie wątek starcia dwóch organizacji jest naprawdę zacny. To co mi się podoba, to że twój bohater zalicza przy okazji liczne wzloty i upadki. Na plus na pewno dość zaskakujący motyw z pojawieniem się Blackstar'a. Ogólnie podoba mi się, w jaki sposób wplatasz w opowieść nowe wątki i postacie, jednocześnie nie zapominając o starych, które się już pojawiły np Lolita.
Wyjątkowo "urzekł" mnie i podobał mi się opis sceny rozpoczynającej twój frontalny szturm na posiadłość. Skok z śmigłowca. Wyhamowanie upadku mocą. Pure Badass! :ok:
Samo starcie Drax vs. Fabris pozostawia niedosyt. Nie podobał mi się ten przeskok między akapitami - "Po pięciu minutach walki...". Wolałbym przeczytać jakiś dynamiczny opis, ale rozumiem potrzebę i wygodę z zastosowania takiego zabiegu. Finał zaskakująco krwawy. Rozstrzelałeś przeciwnika nie zostawiając mu żadnej szansy. Moim zdaniem mocno nagiąłeś możliwości i zasadę "nie zabijania przeciwników". Jakkolwiek takie wykończenie starcia pasuję do utrzymanej w klimatach mafijnych wojen opowieści, to jednak nie bardzo wstrzeliwuje się w Tenczową estetykę.

Ostatecznie oceniam 7/10.
   
Profil PW Email Skype
 
 
»Shadow   #4 
Yami


Poziom: Wakamusha
Posty: 251
Wiek: 26
Dołączył: 28 Maj 2015
Skąd: Zagłębie kabaretowe

Drax

Hm... Będzie krótko i konkretnie. Ale chaotycznie. Wybacz.
Są jakieś dziwne błędy, interpunkcyjne, czy też jedno, dwa powtórzenia. Niezbyt dużo, ale czuję, że muszę wspomnieć.
Zawsze mam problem z takimi walkami, bo nie wiem jak mam ocenić fabułę. Jako część całości, oceniać całość, czy traktować jako osobny tekst? W każdym razie bardzo ładnie odwołujesz się do całości świata tenchi, wychodząc poza standardowe ramy "postać zrobiła a i b". Bardzo mi się podoba takie coś.
Pretorian pokonany! Tak! Bardzo się cieszę, że nie powtórzył się motyw z ostatniej walki, bo tu nareszcie odczuwałem jakieś napięcie o Hawtina.
Podobnie jak przedmówcy mam zastrzeżenie do sposobu wykończenia przeciwnika. No bo jak on to przeżył?
Podobało mi się wrzucenie postaci od tak w środek walki. Fajna koncepcja, ale wykonanie troszkę niemrawe, przez co czułem się nieco skołowany.
Brakuje mi domknięcia kilku wątków (Lolita np.), więc wiedz, że czekam na ninmu. Taka luźna sugestia.

Nie przedłużając oceniam na
7
i głosuję na remis


W więziennej rozpaczy...
   
Profil PW Email
 
 
»oX   #5 
Rycerz


Poziom: Ikkitousen
Stopień: Samurai
Posty: 740
Wiek: 31
Dołączył: 21 Paź 2010
Skąd: Wejherowo

Drax, :box: :box: :box:

duży plus za to, że ciągniesz jedną historię od początku do końca. Czytało się przyjemnie, przypominając sobie poprzednie wpisy. Niestety, w moim odczuciu, wszystko leci jednym "tonem". Wpis nie ma emocji, czytam bo czytam, jest fajnie - nie trzyma szczególnie w napięciu, ale też nie nudzi. Plusem u Ciebie jest fabuła. Masz naprawdę ciekawe pomysły i umiejętnie to przekazujesz. Twój warsztat jest często bez zarzutu, nie rzucają się w oczy żadne literówki czy błędy, za co kolejny plus.

Jeśli chodzi o przeciwnika, to nie wiem czy lekko nie przesadziłeś z tymi trzęsącymi się kolanami i tak dalej :DD Chociaż z opisu wynika, że niemiłosierna ciota z niego :ok: Fajnie też, że w końcu przestałeś się tak podniecać zbroją i wziąłeś się w garść. Przez moment wyobraziłem sobie, jak Hawtin z nią śpi xD Pokonałeś go dosyć szybko i prostą metodą. Szkoda, że postanowiłeś pominąć wstęp walki, kiedy beksa pozbawiła Cię oręża. Znowu fabuła przerosła starcie, a tutaj taki zabieg konieczny nie był. Mimo wszystko fajnie wyszło. Ciężko mi jednak wyobrazić sobie postać, która oberwała ognistym mieczem i kulką, podnoszącą kobietę i uciekającą z posiadłości. Spoko, wytłumaczysz to później i lepiej, żeby wyjaśnienie było sensowne :ok: #czekamnawięcej

Z kwestii technicznych, to chyba jedynie odstępy są rażące. Sam kiedyś tak robiłem, aż Gen mnie pocisnął i przestałem. Podwójne entery między akapitami to ciut za dużo. No i rozdzielanie części opowiadania też tworzy zbyt duże przerwy - mi udało się to opanować :D

Patrząc na ostatnio wystawiane oceny, nie mogę Cię skrzywdzić. Ode mnie leci 7.5, bo podobało mi się, ale bardziej w całości, aniżeli w kontekście walki. Gdybyś jej nie skrócił na wstępie, to może i by było więcej. Może nie. Nigdy się nie dowiemy ;) Dobry wpis.
   
Profil PW Email
 
 
*Lorgan   #6 
Administrator
Exceeder


Poziom: Joutei
Stopień: Taichou
Posty: 3209
Wiek: 35
Dołączył: 30 Paź 2008
Skąd: Warszawa

Drax - Wpis fajnie się zaczął i rozwinął (dodałeś nawet poboczne wątki/smaczki, za co masz ode mnie plusa), ale kiedy przyszło do punktu kulminacyjnego... Skopałeś przeciwnika w dwóch zdaniach, a potem go zastrzeliłeś? :| Zero finezji, klimatu i emocji. Spodobał mi się opis Eleny, Salvatora i chyba tym bardziej ubodło prymitywne zaskoczenie. Twój przeciwnik miał być ostateczną bronią Białej Róży, a nie drugoplanowym pomagierem, który dałby się załatwić w żenujących okolicznościach. Poza tym, bez trudu mógł anulować odrętwienie swoim dopalaczem. Ba, jeszcze byś go wspomógł, obniżając temperaturę ciała. Pominięcie tego faktu również wpisuje się w osłabienie finału, niestety. Mam tu na myśli nie tylko finał walki, ale i długiej opowieści, którą pieczołowicie tworzyłeś niemalże od opublikowania postaci. Szkoda.

Ocena: 6,5/10
______________________________________________________________

Oddaję swój głos na NPC.


Hit dirt, shake tree, split sky, part sea.

Poprawna polszczyzna | Wiedza dla ludu | Odpowiedź na Twoje pytanie
   
Profil PW Email WWW Skype
 
 
*Lorgan   #7 
Administrator
Exceeder


Poziom: Joutei
Stopień: Taichou
Posty: 3209
Wiek: 35
Dołączył: 30 Paź 2008
Skąd: Warszawa

..::Typowanie Zamknięte::..


Drax - 35 pkt. (4 głosy)

NPC - 35 pkt. (4 głosy)

Zwycięzcami zostali Drax & NPC!!!

Punktacja:

Drax +40
Sorata +10
Genkaku +10
Shadow +10
oX +10
Lorgan +10


Hit dirt, shake tree, split sky, part sea.

Poprawna polszczyzna | Wiedza dla ludu | Odpowiedź na Twoje pytanie
   
Profil PW Email WWW Skype
 
 

Temat zablokowany  Dodaj temat do ulubionych



Strona wygenerowana w 0.07 sekundy. Zapytań do SQL: 13