Tenchi PBF   »    Rekrutacja    Generator    Punktacja    Spis treści    Mapa    Logowanie »    Rejestracja


[Lokacja] Porzucona fabryka Draugów
 Rozpoczęty przez *Lorgan, 23-02-2015, 21:48
 Zamknięty przez Lorgan, 19-03-2015, 13:38

8 odpowiedzi w tym temacie
*Lorgan   #1 
Administrator
Exceeder


Poziom: Joutei
Stopień: Taichou
Posty: 3209
Wiek: 35
Dołączył: 30 Paź 2008
Skąd: Warszawa


- Załadujcie skrzynię z lewej. Do godziny dwunastej musimy opróżnić tę sekcję laboratoriów. Nie może być po nas śladu, kiedy przyjdą spece od systemów obronnych i saperzy. Trochę szkoda, że tracimy tak nowoczesną placówkę...

***

Kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża Renegi, na dnie oceanu, w niemal kilometrowej głębi, mieści się rozległy kompleks budynków. Ich ściany są atramentowoczarne i na tyle grube, że bez trudu wytrzymają nawet kilka następujących po sobie torped.
Pierwotnie, miejsce to służyło do produkowania nagijskich Draugów, ale z powodu wykrycia przez siły wroga zostało przerobione na śmiertelną pułapkę. Niegdyś wypełnione personelem i sprzętem laboratoria, teraz świecą pustkami. Zwyczajne śluzy zostały wymienione na masywne grodzie. W korytarzach zainstalowano turrety bojowe. Wedle instrukcji, usunięto także kapsuły ratunkowe - poza jedną, specjalnie ukrytą i zabezpieczoną kodami.
Całość mogła być zdetonowana w kilka sekund przy pomocy czterech potężnych głowic nuklearnych, grzebiąc pod wodą wszystkich, którzy byliby na tyle naiwni, żeby tam zejść.


Hit dirt, shake tree, split sky, part sea.

Poprawna polszczyzna | Wiedza dla ludu | Odpowiedź na Twoje pytanie
   
Profil PW Email WWW Skype
 
 
»Sorata   #2 
Yami


Poziom: Genshu
Posty: 1471
Wiek: 36
Dołączył: 15 Gru 2008
Skąd: TG







Jesteśmy w ciężkiej dupie, a ja wręcz płaczę ze śmiechu. Z deczko innego powodu - ale o tym później. Póki co, zajmuje mnie co innego. Agentka Kasumi Tora okazała się rycerzem. Pewnie mogę sobie wsadzić większość informacji, które Gen przesłał mi na beeper. Trochę nie umiem sobie wybaczyć. Sobie... nam... ogólnie nikomu kto maczał palce w tym grubymi nićmi pisanym spisku. Patrząc wstecz - to nie mogło się udać. Jakby opętani jakimś czarem, wleźliśmy na hura, całą grupą, jak harcerze na wiosnę. Pierwszy raz tak łatwo zaufałem obcym. Nawet nie zauważyłem, że ktokolwiek się odłączył. Nie pociesza mnie, że towarzyszyło mi sześcioro podobnie radosnych debili.Pewnie uspokajająca izolacja podwodnej pułapki tak na mnie podziałała.
- ]Albo kilka głębszych , którymi zalałeś robaka - podpowiedział usłużnie Manitou. No tak, to też. Nawet kiedy spostrzegliśmy zmasakrowane ciało informatora Genkaku, nie było jeszcze za późno. Gadała tak długo, że tylko straszliwym zrządzeniem losu mogła by ujść straszliwej śmierci z rąk kilku bardzo sfrustrowanych infiltratorów. Jej monolog słychać było nawet przez chwilę przez interkom Ta przysięga jest naprawdę, napraaawdę długa, jeśli słyszy się ją enty raz. Zdecydowanie zabawniej brzmi przechodząc przez gardło zalewane krwią)Na szczęście ukrócił to jeden z agentów - chyba porucznik Araraikou - popsuł całą elektrykę drzwi po prostu w nie wchodząc. Szkoda, że stracił orientację i rozproszył się na chwilę w betonie ścian. Kolejna szansa zaprzepaszczona. Mimo, że sam chlubię się swoją szybkością, też mam sobie mnóstwo do zarzucenia. Potknąłem się o zbyt długi płaszcz Genkaku - chyba drugi raz w aktywnej karierze. Czemu ten idiota go nie zdjął? Przecież i tak wszyscy mamy ogrzewane kombinezony i maski z obiegiem zamkniętym. Nie mam zamiaru go besztać. Wystarczy na niego spojrzeć. Wygląda, jakby cały stres minionych tygodni dopadł go akurat teraz. Nawet elita Agentów miewa załamania nerwowe w najgorszych momentach. Dodatkowo wpakował się we mnie d'Arce - źle obliczył błyskawiczne zaklęcie i niemal zmaterializował się w moich płucach. Musiał bym go za to zabić... Gdy Atsushi kilkoma słowami zniszczył drzwi, było już po wszystkim - zdrajczyni uciekła. Dobrze, że podała nam czas, który nam został do przeżycia- widocznie niezrównani profesjonaliści z Nag też mają swoje gorsze dni.
- Może to te dni? - a ten jak zwykle błyska humorem w najgorszych chwilach.
- Tylko o krwi byś gadał... - Nie wiem, czy kocham, czy nienawidzę to bydlę.
Zupełnie jakby jakiś rzucający kośćmi bóg nie chciał, żeby nam się udało. A kij mu w oko. Nie o siebie się martwię. Wielokrotnie miałem takie wrażenie. W moim życiu co chwila coś toczy się nie tak jak trzeba. Miałem tyle planów awaryjnych na dzień dzisiejszy, że mam więcej problemów z wybraniem konkretnego, niż wcieleniem go w życie. Niestety żal mi tych świeżaków. Szczególnie smutna mordka tej młodej zealotki - Arafel dodaje mi zmartwień. Cholernie przypomina mi zmarłą już znajomą z jednostki szkoleniowej. Mam wrażenie, że znalazła się tu trochę z rozpędu, razem z resztą babilońskich ochotników prowadzonych przez maniaka, którego uśmiech przywodzi mi na myśl Wilka. Waham się czy ich tu zostawić - kilka kłopotów mniej z głowy. Pragmatyzm zwycięża - ostatecznie nie mam pojęcia kto lub co czeka na powierzchni.

***


I tak przechodzimy do tego, dlaczego się śmieję. Ostatni z martwych przeciwników (albo raczej to co z niego zostało) smutno zwisa mi w ramionach. Czy można kogoś dwa razy zabić? Na to wygląda. Pit z Coltisem przerobili zawartość bocznych korytarzy na przypieczoną prądem, rozkładającą się zasmażkę. Gen zmieniony w czerwonego berserkera przedarł się jak czołg na kilkanaście metrów do przodu i właśnie testuje czy scalanie ludzkiego białka i betonu zależy od włożonej w proces siły. Nawet młoda krew dołożyła swoje trzy (głównie ołowiane) grosze do ogólnej rozpi.erduchy. Po zastanowieniu stwierdzam, ze groszy było zdecydowanie więcej. Do teraz dudni mi w uszach echo kanonady odbite od ciasnych korytarzy. Nie zostało mi za dużo roboty, więc mój przydział zreanimowanych kukiełek po prostu porozrywałem. Bawi mnie jak ich kadłubki pełzną nadal w moim kierunku. Było by zabawniej, gdyby posiadali jeszcze jakąś krew, ale nie można mieć wszystkiego. Pobojowisko i tak wygląda urzekająco. Niestety najwyższy czas to skończyć. Straciliśmy już cenną minutę.
Dobrze, że telepatia Kito omija drogę powietrzną, bo szczerze powiedziawszy uważam, że nasze bębenki jeszcze przez jakiś czas nie poradzą sobie z bólem. I dobrze, że ma w sobie tyle stratega, że obdzielił by kilka osób. Jestem stosunkowo niezłym taktykiem, ale tysiąc sposobów na destrukcję niekoniecznie wyciągnęło by nas wszystkich w jednym kawałku. Streszcza nam plan znacznie szybciej niż gdyby powiedział to na głos. Nawet nie mamy czasu na wątpliwości. Jakiekolwiek animozje mieliśmy w kierunku swoim albo poszczególnych państw znikają, zastąpione przez wytrenowane, odruchowe działanie. Do tego nas właśnie wyhodowano.
Małe grupki ruszają swoją drogą, a ja poświęcam tylko jedną dodatkową chwilę na pożegnanie z Genem. Kładę mu rękę na ramieniu tylko na ułamek sekundy, ale myślę do niego podziękowania za niesłabnącą wiarę we mnie. Nie zaszkodzi, żeby to wiedział, jeśli przyjdzie mi dziś zginąć. Trzy i pół minuty. Zastanawiam się ilu z nas modli się teraz żeby Curse nie kłamała.
Dla odmiany jestem sam. Tak będzie nawet lepiej. I tak nikt by nie nadążył, a zadanie jest proste jak budowa cepa. Ustawiam stoper na zegarku, otulam się Wilkiem i rozwijam pełną prędkość, pchając komary i muszki owocówki z żywej zbroi daleko w każdą odnogę. Ich fasetowe oczy informują mnie o wszystkich zauważonych ruchach póki nie wyskoczę poza zasięg wzajemnego kontaktu. Namierzam ruchome wieżyczki karabinowe i tracę kolejne cenne sekundy na próby ich ominięcia. Nag nie próżnowało, a ja nie wiem na ile mogę zaufać skuteczności sabotażu energetycznego Pita.
Duszę ukłucia żalu. Zaboli mnie strata nawet tak maleńkich sojuszników. I to bardziej niż gdyby umarł któryś z towarzyszących mi nieznajomych. Niechybnie zginą dla mojego dobra. Ale dzięki ich poświeceniu mam teraz dookoła równomierny podgląd na charakterystyczną wojskową plątaninę korytarzy i bez problemu namierzam trójkę ludzi, których polecono mi ratować.

***


Szczerze powiedziawszy nawet ucieszyłem się z tego przydziału. Zadałem już tyle śmierci, że wielką przyjemność sprawia mi fakt, że przynajmniej raz mogę uratować swój cel. Bezzwłocznie ruszam w nowo odkrytym kierunku. Muszę cofnąć się po swoich śladach, ale nie robi to żadnej różnicy. Tak będzie nawet lepiej – im bliżej do łodzi tym większa szansa na ratunek.
- Oraaa! – okrzykowi rykoszetującemu w korytarzu towarzyszy dziwna niebieska fala, która odrywa ode mnie Wilka roztaczając przy tym ulotny zapach niezapominajek. Co?! Wrażenie jest takie jakby ktoś mnie znokautował. Sto razy gorsze od kopnięcia w jaja. Strata szybkości omal nie kosztuje mnie życia. Ledwo wymijam dwa pociski oddane w moim kierunku – eden rysuje szramę na moim podbrzuszu. Cholera. Kolejnych na szczęście nie ma, wiec skupiam się na pustce, którą dotychczas wypełniał mój Manitou. Jestem wolny?!
- Chciałbyś – duuchy! Boli prawie tak samo jak przy pierwszym opętaniu.
- Wal się, futrzaku – duszę łzy, gryząc wargi aż do krwi, zdecydowany obarczyć kogokolwiek winą za to cierpienie. Kawaleria przybyła. Fanfary! Taa. Akurat. Szybko zostaję obrabowany z mojej wymarzonej przyjemności gdy trzy zaczerwienione, ale nie zakrwawione twarze, uświadamiają mi, że akurat te gagatki ratunku nie potrzebują. Rozmiary stert trupów na prawo i na lewo świadczą o tym, że starli się z większą ilością Draugów niż my na początku. I poradzili sobie śpiewająco.
- Co tu się do diabła dzieje? – nieogolony dryblas (nazywał się chyba Doe) pyta bez złości, spokojnie patrząc mi w oczy – plany nie zgadzają się z rzeczywistym rozkładem pomieszczeń.
- Projekt został wcześniej uaktywniony. Mamy dokładnie minutę – spoglądam na zegarek – i dwadzieścia siedem sekund nim to wszystko – podkreślam ruchem ręką – trafi szlag. Ja wracam do łodzi. Panie przodem.
Mimo, że obcesowo pcham ją do przodu, drobniutka Kyoko nie traci czasu na zadawanie pytań. Tak szybko gna korytarzem, że niemal znika nam z oczu. Tylko echo zupełnie nieprzystających osobie jej postury, dudniących kroków prowadzi nas jej śladem. Trzymam się bliżej dwóch mężczyzn. Polecono mi ich ratować, a według moich obliczeń powinniśmy zdążyć przy tej prędkości. Jesteśmy ostatni, a krzywo uśmiechnięty, czubaty kolega Genkaku przytrzymuje mi po dżentelmeńsku drzwi śluzy. Uciekamy co sił, zaciskając pieści i zęby w oczekiwaniu na ostatni kryzys. Do góry popycha nas powietrze i sprowadzone na wszelki wypadek kaszaloty, więc tempo wynurzenia jest całkiem spore. Troszkę wyżej udaje mi się wybłagać jękliwą zgodę jeszcze od samotnego humbaka. Dzięki duchom, że istnieją tak potężne stworzenia, które na dodatek potrafią nurkować tak głęboko. Sonar reaguje tylko raz, sygnalizując straszliwy wybuch gdzieś w otchłani pod nami. Potem gaśnie. Fala uderzeniowa dociera do nas z siłą nieporównywalną z czymkolwiek co dotychczas czułem. Koziołkujemy po całej kabinie, a ja na dodatek czuję straszliwe okrzyki śmierci każdego morskiego stworzenia, które przyzwałem. Moja wielka wina. Ale to jeszcze nie koniec - stworzone podciśnienie zasysa nawet naszą łupinkę, która nagle nie wydaje się taka bezpieczna. Nie wiem ile minut, albo godzin mija. Jak się w końcu budzę jeszcze się wynurzamy. Zbiorniki balastowe ocalały. A jeszcze czeka nas dekompresja. Straszliwie mnie wszystko boli.
Wniosek? Nie wszystko złoto co się świeci. Tym bardziej jak spod złota wyziera sanbetański fiolet. Wszyscy przytomni chichoczą w nerwowym, urywanym ataku radości, tłumiąc niesamowite napięcie, które nam towarzyszyło. Powiedziałem to na głos?

***


Wszyscy jesteśmy bezpieczni. Chyba. Na ile można być w ogóle bezpiecznym w takim świecie? Zastanawiam się jak wielu wrogów sobie przypadkiem narobiłem. Nag pewnie nie będzie szczęśliwe, że żyję. Przynajmniej myślą, ze nie żyję. To daje pewne opcje. Babilończycy nie mają powodu mnie ubić. Sanbetańczycy chyba też nie. Wolę nie myśleć ile zaufania wymagało zsynchronizowanie tej operacji w tak krótkim czasie. Zadanie wykonane – tej mantry musze się trzymać. Odruchowo, dla uspokojenia klasyfikuję twarze i wszystkie znane informacje w swojej pamięci. Z Johnem mam prawdziwy problem. Za cholerę nie jestem w stanie sobie przypomnieć jak wyglądał. Dziwne. No nic. Mogło być gorzej.
- Żebyś nie wykrakał


Kryteria oceny walk: Klimat 4/10 Mechanika 3/10 Warsztat 3/10. W razie wątpliwości - konsultuj. Pomoc: https://tenchi.pl/viewtopic.php?p=17457#17457
Ostatnio zmieniony przez Sorata 23-02-2015, 22:43, w całości zmieniany 1 raz  
   
Profil PW Email
 
 
^Genkaku   #3 
Tyran
Bald Prince of Crime


Poziom: Genshu
Stopień: Senshu
Posty: 1227
Wiek: 36
Dołączył: 20 Gru 2009
Skąd: Raszyn/Warszawa



Curse zniknęła, za opadającymi błyskawicznie wrotami śluzy. Mamy [ cenzura ] – pomyślał Genkaku z trwogą obserwując chaos i zamieszanie jaki zapanowały dookoła. W ostatniej chwili spostrzegł szykującego się do skoku Fenrisa i mocą iluzji uniemożliwił mu rzucenie się w bezsensowną pogoń. Nie potrzebował mocy telepatii, żeby wiedzieć, o czym teraz myśli narwany szaman. Był chyba najbardziej skomplikowanym osobnikiem z jakim przyszło mu mieć do czynienia, ale z pewnością nie jedynym indywidualistą w tej grupie. Ciężko będzie wyjść z tego cało. Na dobrą sprawę, nigdy nie mieli okazji zgrać się, ani wypracować ewentualnych procedur działania. Jedyną szansą, jako mieli była natychmiastowa ewakuacja. Niestety, plany kompleksu dostarczone przez Malbora mogły w tym przypadku okazać się fałszywe i prawdopodobnie nikt przy zdrowych zmysłach nie miał ochoty sprawdzać ich autentyczności. Z jednej strony sensowną opcją było sforsowanie przejścia, w którym zniknęła zdrajczyni - w końcu na pewno udała się do wyjścia. Oczywiście, musiała mieć zaplanowaną jakąś drogę ucieczki, ale zapewne ten, kto to wszystko wymyślił, przewidział ewentualną pogoń. Była agentka, a obecnie rycerz, prawdopodobnie ma zapewniony jednoosobowy pojazd, z którego liczna grupa w żaden sposób nie skorzysta. Inna sprawa, że rozjuszeni uczestnicy wyprawy, a już z całą pewnością Fenris, mogliby zapewne zapomnieć się zaślepieni chęcią zemsty i ciężko byłoby nad nimi zapanować. Drugą opcją, był powrót do łodzi podwodnej, lub tego, co z niej zostało. Nim wrota śluzy opadły, zdołał wyłapać pojedynczą, nikłą myśl Curse, a w niej ładunki wybuchowe. W tej chwili, gotów był postawić wszystko, że zwyczajnie zaminowała wehikuł. Od miejsca, z którego przyszli, dzieliło ich jakieś dwadzieścia metrów. Wystarczająco blisko, by mogli usłyszeć ewentualny wybuch, gdyby nastąpił. Łódź powinna, więc być jeszcze w całości. Tak, to zdecydowanie była ich jedyna szansa. Nawet, jeżeli okręt był niesprawny, lub częściowo uszkodzony to i tak mogli skorzystać z zasłoniętej przez moc Tekkeya dziury i w ten sposób wydostać się na zewnątrz. Szanse na powodzenie były małe, ale na pewno większe niż błąkanie się po laboratorium. Trzeba było działać natychmiast.
Renegat skupił się i objął mocą procesora towarzyszy, wysyłając wprost do ich umysłów telepatyczną wiadomość, razem z wizją jego planu.
- Mamy mało czasu, więc przejmuję dowodzenie. Wracamy do łodzi, to nasza jedyna szansa. Ruszamy tędy, ale zanim to zrobimy, niech każdy z was przez następne dziesięć sekund myśli intensywnie o mocach, jakimi dysponujecie. Chcę wiedzieć, jak najefektywniej wykorzystać wasze umiejętności.
Oszołomiony Coltis już otwierał usta by odpowiedzieć, jednak nadlatujące z korytarza kulę, skutecznie mu przeszkodziły.
- Drougi!
- Nie używajcie swoich mocy! – Krzyknął Coltis rzucając się za najbliższą osłonę. – Nag może mieć tu system monitoringu, lepiej nie dawać im przewagi na przyszłość.
Kito przylgnął do ściany, tuż obok babilońskiej piękności, uczestniczącej w misji z ramienia Państwa Kościelnego. Grad pocisków świstał po korytarzu, rykoszetując głośno, nie dając czasu na załatwianie spraw ostrożnie. Nie zwracając uwagi na pozostałych, Genkaku oderwał się od ściany i ogarniając przeciwników mocą iluzji, zaatakował pierwszego, najbliższego „nieumarłego” śmiertelną kombinacją Chikaratsu. Gdy pięści pokryte szkarłatną łuną uderzyły o korpus przypływ skradzionej siły, dodał spiskowcowi impetu. Dzieła dokonał ktoś z tyłu, celnie posłanym strzałem w głowę Drauga. Kito rzucił szybkie spojrzenie w stronę korytarza. Pierwsza fala została sprawnie odparta, przy stracie ponad pół minuty czasu.
- Ruszamy do łodzi! – Zakomenderował. – Fenris, bierz ten korytarz i sprowadź tu pierwszą grupę. Kapitan Araraikou użyje swoich mocy by wyłączyć zabezpieczenia. Potem dołączy do Bighta i porucznik Ooawa. Wy wchodzicie na łódź - wskazał palcem wymienionych przed chwilą mężczyzn. - Macie znaleźć i unieszkodliwić ładunki. Pozostali zealoci i agent Graversh, będziecie bronić korytarza. Przygotujcie się. Ja wychodzę posprzątać na zewnątrz. Mamy cztery minuty!
To był w jego odczuciu najbardziej optymalny przydział zadań. Tak przynajmniej zakładał, na podstawie informacji, które wyczytał przez te parę sekund, gdy towarzysze zgodnie z poleceniem myśleli o swoich umiejętnościach. Doceniał i był pod wrażeniem ich zaufania i współpracy. Profesjonalizm i trening wzięły górę, przynajmniej na razie – pomyślał. Podzielony na grupy oddział rozbiegł się do wyznaczonych zadań. Zaaferowany, starający się znaleźć spokój i metodę w tym szaleństwie Genkaku odwrócił się w kierunku łodzi, gdy naglę poczuł jak czyjaś dłoń spoczywa na jego ramieniu. Niespodziewany gest Fenrisa i odruchowo odczytane myślę na kilka sekund rozproszyły Sanbetańczyka. Zamurowany obserwował jak przyjaciel znika na najbliższym rozstaju.
- Rusz się!
Huczący w głowie głos Thekala w porę doprowadził go do porządku. Korytarz znów zaroił się od kul, wystrzeliwanych przez drugą falę „kukiełek”. Kito w jednym susie zerwał się do biegu.
- Nadchodzą! Kryć się!
Rozpędem potknął się, niemal wpadając na ścianę, wskoczył w rozwidlenie, za którym czekała przygotowana pierwsza grupa. Z trudem odzyskując równowagę wyminął ich, pędząc do otworu w ścianie. Wyświetlony na soczewce kontaktowej licznik, odmierzał upływ bezlitosnego czasu. Trzy i pół minuty – tyle im jeszcze zostało. Narastająca presja dawała o sobie znać. Czuł jak pot zaczyna lać mu się z czoła, ręce delikatnie drżały. Cholera, przecież był szkolona żeby znosić stres bez mrugnięcia okiem. Na tym głównie polegał jego trening, a teraz jego organizm buntował się. Dopadł w końcu do wyjścia, pospiesznie wciskając na twarz sprzęt do nurkowania, który jeszcze dziesięć minut temu z ulgą ściągnął i rzucił na ziemię. Kolejne cenne sekundy stracone bezpowrotnie. Thekal już wiedział, co ma robić. Gdy tylko ostatni element kostiumu był już na miejscu, z procesora eksplodowały setki strug czarnego dymy, niczym macki owijając się wokół ciała Genkaku. Gdzieś tam z tyłu, za jego plecami rozgorzała zacięta walki. Wyraźnie słyszał strzały, krzyki i eksplozje. Drougów musiało być sporo. Nie istotne musi teraz skupić się na swojej części zadania.

Wyskoczył do wody odziany w chimeryczny pancerz i od razu zmodyfikował go o potężne płetwy – na nogach i jedną grzbietową na plecach. Dopracowana wersja tego, co zaprezentował Dokuro w labiryncie pod Higurę i przerażająca hybryda samuraja z morskim potworem. Do eksplozji zostało zaledwie dwie i pół minuty. Nie tracąc więcej czasu sprężył mięśnie i niczym pocisk wystrzelił do przodu, tak jakby woda była jego naturalnym środowiskiem. Opłynięcie zacumowanej łodzi dookoła zajęło mu raptem kilkanaście sekund. Serca waliło mu jak oszalałe. Niczym dzika bestia próbujące rozerwać klatkę, w której została uwięziona. Z trudem mógł skupić się na zadaniu, nerwy wyraźnie dawały mu się we znaki. Sprawnym ruchem, mimo trzęsącej się ręki uruchomił na beeperze procedurę skanowania. Pomysł był prostu i skuteczny. Komputer porównał pozyskany obraz z planami pojazdu i wskazał dwa miejsca odbiegające od schematu. Genkaku w mgnieniu oka, popędzany przez presję czasu znalazł się przy pierwszym punkcie. Mętna, oceaniczna woda utrudniała widoczność, doprowadzając go niemal do pasji. Nerwowo i na darmo przecierał wizjer maski.
- Nie masz czasu. Nie masz czasu na te pierdoły! – Poganiał sam siebie. – Dawaj mi tu emiter EMP!
Urządzenie jak zaczarowane pojawiło się w jego ręku, niemal w tym samym momencie, w którym kończył wypowiadać zdanie. Wycelował przed siebie i nacisnął spust. Broń wydała charakterystyczny, lecz stłumiony przez wodę dźwięk a sekundę po tym beeper zasygnalizował rozbrojenie ładunku. Od razu popędził w drugie miejsce. Bomba była przymocowana do śruby napędowej. Najszybciej jak potrafił wyciągnął przed siebie futurystyczny pistolet, który w pośpiechu przez nieuwagę i niezdarność wyleciał mu z dłoni.
- Bogowie! Co jeszcze!?
Przeklną pod nosem i zaraz tego pożałował. Unosząca się przed nim broń eksplodowała iskrami i na powrót zmieniła w kłęb smolistego dymu.
- Chyba nie są przystosowane do działania na tej głębokości.
Komentarz szamańskiego ducha, był kroplą przepełniającą czarę.
- [ cenzura ]!
W akcie desperacji i bezsilności uderzył pięścią w kadłub. Głuchy, metaliczny dźwięk odbił się głuchym echem po całej okolicy. Zostały dwie minuty.
Dlaczego do cholery tak ponoszą go nerwy? Przecież na dobrą sprawę ze swoim Shouri był w stanie przetrwać wybuch i jakoś przeżyć. Miał na takie okazje ponad setkę planów awaryjnych. Dlaczego więc, tak bardzo go teraz ponosiło do cholery?! Objawienie spadło na niego tak naglę jak wówczas, gdy zobaczył ukrzyżowanego Malbora. Nie chodziło o niego, tylko o jego towarzyszy. To on rozpoczął to wszystko. To za sprawą jego machlojek ruszyła cała machina i to przez niego znaleźli się teraz po uszy w głębokim gównie. Podświadomie brał teraz odpowiedzialność za wszystkich tych ludzi. Jeżeli komukolwiek coś się stanie to będzie jego wina. To o ich los się martwił nie o siebie. Fenris, Tekkey, Coltis, Pit i cała reszta będę w razie niepowodzenia obciążać jego sumienie. Musi ich z tego wyciągnąć za wszelką cenę. Ta galopada myśli w dziwny i pokręcony sposób dodała mu rezonu. Ręka powędrowała do ucha, uruchamiając komunikator.
- Jak wygląda sytuacja? Odbiór.
Brak odpowiedzi.
- Ooawa jesteś tam! Tekkey odpowiedz! – Chwila niepewności. – Ja sobie poradzę. Ruszajcie beze mnie, jak tylko będziecie gotowy. Bez odbioru!
Niespodziewana cisza w eterze, spowodowała chwilowy nawrót zdenerwowania. Być może laboratorium blokowało komunikację drogą radiową, lub zwyczajnie nie mieli czasu na gadanie. Po cholerę on się w to pakował – pomyślał Genkaku. To była ostatnia niedomknięta sprawa z czasów, kiedy jakaś jego cząstka była jeszcze oddana i lojalna sprawie „cichej wojny”. Tak naprawdę, w obecnej sytuacji miał głęboko gdzieś tajne nagijskie fabryki i całe te podchody, zdrady i resztę tego szamba. Właśnie, dlatego rzucił to wszystko. To miała być ostatnia akcja. Ostateczny gest mający zapewnić mu niezbędnych sojuszników w nadchodzącej wojnie z Akuma. Niestety nie dość, że morale drużyny zostało całkowicie zdruzgotane, to na pewno Genkaku zwrócił też na swoją osobę niepotrzebną uwagę. Wolał nie myśleć, co może się stać, jeżeli Machu zdradził cesarskim jego nazwisko. Z drugiej strony imię to tylko etykieta. Można je zmienić, tak samo jak wygląd. Był doskonale wyszkolony, jeżeli nie będzie chciał zostać znaleziony to nie będzie takiej siły na niebie i ziemi, która by mu w tym przeszkodziła. Ta myśl dodała mu otuchy.
Znów spojrzał na stoper i zmniejszający się czas. Niecała półtorej minuty dzieliła ich od katastrofy. Jeszcze raz rzucił okiem na przymocowany na śrubie ładunek. Bomba trzymałą się na magnesach, które prawdopodobnie zdetonują ją, w chwili oderwania.
- Ryzykujemy? – Głos Thekala rozbrzmiał w głowie agenta.
- Nie ma takiej potrzeby.
Cztery czarne niczym noc macki wystrzeliły z pleców sanbety, oplatając się wokół napędu łodzi.
- Usztywnij je, muszę mieć dobry punkt oparcia – wycedził przez zaciśnięte zęby, chwytając bombę oburącz.
Wkładając całą swoją siłę przesunął ładunek po płaszczyźnie śruby, nie odrywając magnesu od powierzchni. Zostało minuta. Zamknął oczy i skoncentrował się na przepływnie energii w swoim ciele przyspieszając go wielokrotnie. Rozrywające ukłucie bólu przeszyło mięśnie, gdy te w jednej chwili zwiększyły swoją objętość. Poczuł jak kombinezon pęka na plecach i ramionach. Całe szczęście chimeryczna zbroja powiększała się razem z nim. Osiągnąwszy maksymalny potencjał chwycił za krawędź śruby, na której był ładunek i oderwał niczym zbędny kawałek tektury. Gruba stal trzeszczała i gięła się w jego rękach. Najszybciej jak potrafił oderwał się od łodzi i cisnął bombą daleko za siebie, w głąb oceany. Zdążył w ostatniej chwili. Najwyraźniej na pokładzie byli już wszyscy i udało im się uruchomić skomplikowaną maszynerię wehikułu. Klapy zbiorników balastowych uchyliły się wypompowując wodę na zewnątrz. Napęd również ożył i pojazd w szybkim tempie zaczął oddalać się od laboratorium. Kątek oka zauważył nadpływające wieloryby. Genkaku odetchnął z ulgą. Spinając się w sobie wystrzelił w przód i chwilę później był już uczepiony włazu prowadzącego do komory dekompresyjnej. Wczepiony mackami w pędzącą łódź otworzył śluzę i sprawnie wślizgnął się do środka, zatrzaskując za sobą wejście. Kilkanaście sekund później poczuli wstrząs, po którym zgasły wszystkie światła.
Ostatnio zmieniony przez Genkaku 02-03-2015, 22:09, w całości zmieniany 1 raz  
   
Profil PW Email Skype
 
 
»Naoko   #4 
Zealota


Poziom: Wakamusha
Stopień: Gunjin
Posty: 594
Wiek: 31
Dołączyła: 08 Cze 2009
Skąd: z piekła rodem



Byliśmy, mówiąc młodzieżowo, w dupie. Szanowna Agenta, niejaka Curse, okazała się nagijskim rycerzem. Nie żeby to było niezwykle zadziwiające. Podczas sojuszniczych ekspedycji należało spodziewać się wielu niepowodzeń i niezaplanowanych wpadek – w tym wypadku zdrady kompana. Jednak, mówiąc szczerze, nie tak wyobrażałam sobie pierwszą, oficjalną robotę. Z chęcią rozpaliłabym kiseru i, usiadłszy na podłodze, pozwoliła sobie na kilkuminutową kontemplację, jednakże nie było mi to dane. Na myśl o braku sposobności na zaciągnięcie się słodkawym tytoniem, zrobiłam smutną minę, wyłapaną przez siwowłosego kompana.
Mimo beznadziejności sytuacji, nieźle ubawiłam się widokiem wpadającego Cesare'a na posiwiałego przedwcześnie szamana. Urzekło mnie również potknięcie tegoż samego o płaszcz byłego generała Sanbetsu. Jednak te kilka chwil szczęścia nie mogło przysłonić faktu, że zostało nam pięć minut życia – przynajmniej według byłej współkonspiratorki. Zagryzłam wargę, starając się naprędce wymyślić jakiekolwiek wyjście z beznadziejnej sytuacji. W tej samej chwili usłyszałam głos w głowie:

- Mamy mało czasu, więc przejmuję dowodzenie. Wracamy do łodzi, to nasza jedyna szansa. Ruszamy tędy, ale zanim to zrobimy, niech każdy z was przez następne dziesięć sekund myśli intensywnie o mocach, jakimi dysponujecie. Chcę wiedzieć, jak najefektywniej wykorzystać wasze umiejętności.

Zanim ktokolwiek z nas zdołał odpowiedzieć, zostaliśmy zasypani pociskami nadlatującymi z głębi korytarza. Automatycznie przywarłam do ściany, modląc się o łaskawość Lumena. Tuż obok mnie znalazł się Genkaku, uderzając połami płaszcza w moją twarz. Nie wiem co ludzie widzą w płaszczach, ale teraz na pewno nie był koniecznym elementem wizerunku!
Po chwili łysawy towarzysz rzucił się w kierunku Drougów – a właśnie, któż tak barbarzyńsko nazwał te biedne stworzenia laboratoryjne? Jednak zanim zdołałam głębiej zastanowić się nad tą kwestią, po nowych zabaweczkach Nagijczyków nie było śladu.

- Ruszamy do łodzi! – Zakomenderował Genkaku. – Fenris, bierz ten korytarz i sprowadź tu pierwszą grupę. Kapitan Araraikou użyje swoich mocy by wyłączyć zabezpieczenia. Potem dołączy do Blighta i porucznik Ooawa. Wy wchodzicie na łódź - wskazał palcem wymienionych przed chwilą mężczyzn. - Macie znaleźć i unieszkodliwić ładunki. Pozostali zealoci i agent Graversh będą bronić korytarza. Przygotujcie się. Ja wychodzę posprzątać na zewnątrz. Mamy cztery minuty!

Wymieniłam krótkie spojrzenie z Blightem. To nie tak miało wyglądać. Przynajmniej nic podobnego nie wynikało z naszej rozmowy, a omawialiśmy wiele scenariuszy.
Zadania, czy tego chciałam, czy też nie, zostały przydzielone. Mimo że nie widziałam siebie w roli łowcy Draugów, musiałam działać. Chyba gorsze od tego było by tylko zostanie pominiętą w działaniach. Nie miałam zamiaru zostawać piątym kołem u wozu! Szybko podskoczyłam do resztek przeciwników i zaczęłam pospieszne oględziny. Pokręciłam głową z dezaprobatą – miałam nadzieję na znalezienie słabego punku, jednakże z Drauga pozostało tyle, co nic. Ten elektryczny chłopiec i łysolek nie pozostawiali wiele do sprzątnięcia. Po plecach przeszedł mi dreszcz. Gdyby przyszło mi zmierzyć się z którymś z nich, prawdopodobnie została by po mnie krwawa smuga na podłodze. Albo i nie.
Zanim zdołałam wymienić jakiekolwiek zdanie z Draxem bądź Gravershem, zostaliśmy ponownie zaatakowani. Jeszcze raz przywarłam do ściany. Strużka potu spłynęła po mojej skroni. Byliśmy w cholernym potrzasku – z jednej strony atakowani przez kukiełki bez duszy, z drugiej otoczeni wodą, a wszystko w ciągu niecałych czterech minut miało wybuchnąć nam prosto w twarz z wielkim uśmiechem. Z wielkim, szyderczym uśmiechem.
Sięgnęłam za pazuchę i dobyłam Dragoona. Niepewna własnych działań spojrzałam na rewolwer. W moich drżących dłoniach nie prezentował się najlepiej. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam przed siebie. Po drugiej stronie korytarza, również przytulony do ściany, stał Cesare. I posyłał w moim kierunku ten swój paskudny, gówniarski uśmieszek. Krew zaczęła we mnie buzować. Co ten małolat sobie myślał?! Że może nabijać się ze mnie?! Już ja mu pokażę!!!
Mimo że tego nie planowałam, zostałam wytrącona z równowagi. A ja nigdy nie tracę zimnej krwi! Jednak gdyby ktoś widział tę paskudną, wykrzywioną twarz, zrozumiał by, dlaczego dałam ponieść się emocjom. Bo tylko Cesare potrafił tak na mnie działać. I byłam pewna, że działał tak na cały świat.
Kilka sekund później nadarzyła się okazja, by zaatakować. Wyskoczyłam prawie na sam środek i oddawszy kilka strzałów, zniknęłam na winklem. Powitał mnie zdziwiony Graversh. A czego on się spodziewał?! Fakt, podczas długotrwałej nauki przechodziłam kurs strzelectwa, jednakże nigdy nie przekonałam się do broni palnej, przez co z zajęć wyniosłam dwie umiejętności: strzelić tak, aby nie wybić sobie stawów i tak, aby nie postrzelić samej siebie. Natomiast o płynności i trafności trudno było mówić.

- Są kuloodporne – mruknęłam, by ukryć zażenowanie, nie zwracając uwagi czy to była prawda, czy też nie.

Rzuciwszy nieprzydatną broń, sięgnęłam po kolejną. Dzięki uprzejmości Sanbetańczyków, byłam w posiadaniu (oczywiście na czas trwania misji) Kumo-netto Guna, bardzo przyjemnej broni strzelającej polimerowymi nićmi, mogącymi z łatwością obezwładnić człowieka na około 15-20 minut. Wziąwszy głęboki oddech, ponownie rzuciłam się do przodu, celując w nadchodzące Draugi. I tak samo, jak za pierwszy razem, oddałam kilka strzałów. Jednakże Kumo-netto Gun, dzięki swoim właściwościom, potrafił nadrobić braki w strzelectwie. I tak, jakimś cudem, udało mi się obezwładnić jedną z kukiełek. Szkoda tylko, że nie oberwało się bezpośrednio Cesare'owi, który stał na linii ognia. Fuknęłam niezadowolona. Może za drugim razem?
Wychyliłam się, tym razem mierząc na spokojnie. To przecież nie mogło być trudne. W międzyczasie Drax tańcował z przeciwnikiem, totalnie ignorując prośbę, lub polecenie, Blighta o nie używaniu mocy. Uśmiechnąwszy się paskudnie, nacisnęłam za spust. I ku mojemu zdziwieniu nic się nie stało. Nacisnęłam jeszcze raz, lekko poddenerwowana, później jeszcze raz i jeszcze. Gdyby Drax widział teraz moją minę, na pewno miałby niezły ubaw, jednakże był zajęty niedowierzaniem po próbie obezwładnienia Drauga. Rzuciłam w kąt niepotrzebne narzędzie i zamaszystym krokiem ruszyłam w kierunku przeciwników. Zatrzymałam się tuż obok kochanego braciszka.

- Wyłącz te cholerne świąteczne światełka – mruknęłam.

I jak na komendę, rzuciliśmy się oboje na przeciwników. Może nie miałam takich zdolności jak Drax, który nie omieszkał wspomnieć mi w liście, jak to super rozwija się jako zealota, jednakże nie brakowało mi zapału i umiejętności, które nabyłam podczas szkoleń.
Pierwszy do ataku rzucił się Drax, zwalając Drauga na kolana, uderzając go pięścią za głowy. Mimowolnie wypuścił z dłoni karabin maszynowy. Nie pozostawałam w tyle, kopiąc przeciwnika prosto w twarz. Nie zrobiło to wielkiego wrażenia, przez co zamachnęłam się i z półobrotu wymierzyłam kolejne kopnięcie, które, trafiwszy w nieosłoniętą szyję, zmusiło Drauga do padnięcia na ręce.

- To nic nie da – mruknął białowłosy i wbił głowę kukiełki w posadzkę.

Nie było czasu na rozmowę. Po chwili wykonywaliśmy serię uników przed wirującymi kulami. Jakoś sobie radziłam, wszakże byłam szybka, jednakże bliźniaczy wielkolud z brakiem gracji radził sobie znacznie gorzej. Widząc, że Cesare musi zasłaniać się truchłem, zamachnęłam się i rzuciłam granat świetlny.

- Zamknij oczy!

Korytarz rozjarzył się niespotykanie jasnym, oślepiającym światłem. Po pięciu sekundach efekt ten zaczął zanikać, a ja, korzystając z wydłużonych cieni, niepostrzeżenie przedostałam się do najbliższego przeciwnika. Znalazłszy się tuż przed nimi, szybko wykręciłam najpierw jedną, później drugą rękę. Kopnąwszy go w tył kolan, wymusiłam na nim padnięcie na nie. Nie miałam okazji skończyć ataku, gdyż musiałam przejść w defensywę. Draugi zaatakowały jednocześnie, jednakże po kilku chwilach byłam w stanie stwierdzić, że nie mają ze mną szans. Byłam zwinniejsza i mimo że nie miałam sposobności do bezpośredniego ataku, miałam ze sobą blisko dwumetrowego olbrzyma.

- Są twoi! - krzyknęłam, odskakując na znaczną odległość. Odwrócenie uwagi od młodszego braciszka było strzałem w dziesiątkę. Teraz miałam czas, aby zająć się – o ile dobrze rozumiałam – naszym informatorem. Wbrew pozorom nie mogłam wyrzucić z myśli jego obrazu – tak okrutne traktowanie wydawało mi się nie w naturze człowieka. Być może Nagijczycy mieli mniej wspólnego z ludźmi, niż początkowo przypuszczałam?

Zaczęłam mozolnie rozplątywać biedaka z tego przeklętego drutu kolczastego. Była to niezwykle delikatna robota. Powoli odczepiałam prawie rozszarpaną skórę od każdego pojedynczego kolca. W końcu opadł bezwładnie w moje ramiona, zatapiając twarz w piersiach.

- Mamo~ - mruknął, jakby przez sen.

Tego się nie spodziewałam. A tym bardziej nadlatującego w naszym kierunku Drauga, którego ledwie udało mi się uniknąć. Zdmuchnęłam z twarzy kosmyki włosów. To na pewno była sprawa tego zdziecinniałego Draxa!
Odłożyłam na posadzkę nieprzytomnego Nagijczka i szybko unieruchomiłam Drauga, wcześniej skrępowanego Kumo-netto Gunem, linkami stalowymi. Po chwili tuż obok mnie pojawił się Cesare z przerzuconym przez plecy Draugiem. Tuż za nim stał Agent.

- Było blisko - wyszeptał Graversh, macając się delikatnie po twarzy, na której zaczęły się pojawiać pierwsze opuchlizny.
- Jakbyś potrafił zrobić cokolwiek, może nie mielibyśmy takich problemów. W niczym tam nie pomogłeś - rzuciłam oschle, poprawiając sobie fryzurę.
- Uratował mi życie! - Cesare postanowił wziąć w obronę swojego towarzysza, posyłając mi nienawistne spojrzenie.
- Tak, jak mówiłam. W niczym nie pomógł, ale teraz może. Bierz tego biedaka, musimy zanieść go do łodzi. Tobie z kolei zostawiam te bezduszne marionetki.
***

Nie wiem jak, ale udało się nam dostać na łódź o czasie. Bez zbędnych pogaduszek zostawiłam wszystkich i wszystko, i, zamknąwszy się w jakimś małym pomieszczeniu, sięgnęłam drżącymi dłońmi po kiseru. Po kilku chwilach otaczał mnie słodkawy zapach, a moje nerwy wracały do normy. Przyłożyłam drżące jeszcze dłonie do oczu i otarłam z kącika pojedynczą łzę. Nigdy więcej takich misji, bo nawet moje nerwy mogłyby tego nie znieść.
Zaciągnęłam się i odetchnęłam z ulgą.

- Teraz może walić się nawet cały świat – szepnęłam do siebie z nikłym uśmiechem.


Za lekceważenie prawdziwej urody, tej nieopisanej przez zwykłe zwierciadło
Zgromieni przez lepszą, aż łzy z gniewu trwonią
W sedno trafiło stare porzekadło
Mądrość, nie seksapil jest straszliwszą bronią.
   
Profil PW WWW
 
 
^Pit   #5 
Komandor


Poziom: Genshu
Stopień: Seikigun Bushou
Posty: 567
Wiek: 32
Dołączył: 12 Gru 2008

[Nimmu] Podmorski Sekret

Miesiące przygotowań, skrzętnego planowania każdego kolejnego kroku, rozmów z wojownikami innych krajów, masa wyrzeczeń, niepokojów...żeby okazało się, że oto dochodzi do zdrady i sabotażu. Nie żebym się tego nie spodziewał, ale w pierwszej kolejności wyliczałem Fenrisa, albo komandora. Ale Curse? Agentka która miała być potężnym wsparciem okazała się być potężnym zagrożeniem. Inkantowała ten pompatyczny wiersz z takim natchnieniem, jakby tym samym miała osiągnąć wieczne zbawienie. Zamiast tego, szykowałem jej szokujące przywitanie z rzeczywistością. Zmieniłem się w piorun i z głośnym syknięciem zaszarżowałem na zdrajczynię. Już ją praktycznie miałem, wystarczyło tylko się wbić. Niestety, zostałem uziemiony przez betonową ścianę. Wyrżnąłem w nią, tworząc krótki grzmot. Sypnęło iskrami. Bolało. Wróciłem do własnej postaci i przyjrzałem się przeszkodzie. Dookoła dało się to obejść, ale nie było czasu. Reszta najwyraźniej też nie miała szczęścia. A przecież Curse wypluwała z siebie te zdania tak długo. Myślałem, że tylko ja jestem pechową pierdołą, marne pocieszenie. Stanąłem przed murem. Dziewczyna uciekała.
- Dorwę cię...i kiedyś wbiję do głowy co to znaczy honor i zaufanie...Klątwo... - wysyczałem, uderzając pięścią w beton. Z szoku wyrwał mnie głos komandora. Genkaku, choć zdezerterował i stał się jedną person, które powinienem był nienawidzić, zachowywał się nadal jak odpowiedzialny lider. Miałem w sobie tyle mocy i trzymałem w dłoniach władzę równą senatorom w rządzie... lecz Kito nadal zdawał się być personą, która ogarniała ten posrany świat o niebo lepiej niż ja. W moich oczach nadal był dumnym dowódcą. Czy z czasem będzie tak też z Curse?
- Nie stój jak kołek, słyszałeś! - rzucił ktoś obok mnie. Zealota Blight zabierał się właśnie do walki, bo z korytarza wybiegli przeciwnicy, otwierając ku nam ogień. Draugi, przywróceni z grobu wojownicy, biomechaniczne zombie bez twarzy i bez duszy. Miały tylko jeden cel - zabić, za wszelką cenę. Zwisało mi kto zdąży zobaczyć, jaką moc posiadam. I tak byliśmy już spaleni. Moje wyczyny dawno już były pewnie znane w tych kręgach co trzeba, do tego dochodziło jeszcze to, co wiedziała o nas Curse. Z takim nastawieniem, zacząłem ładować reaktor. Jakiś zombiak wyskoczył na mnie i zaatakował otwartą dłonią. Miał tam wbudowany elektryczny ładunek, który w teorii miał mi coś zrobić, ale został tylko wchłonięty. Parsknąłem śmiechem.
- Bogowie, jakie to jest durne... Wiecie co, nie rozchodźcie się, bo nie chcę was porazić.
Uwolniłem z siebie elektryczną falę, która rozeszła się po większości kompleksu. Jednocześnie skupiłem się też na tym, by nie poranić nikogo z moich. W końcu nie tylko ja mogłem korzystać z dobrodziejstw bioelektrycznej tarczy, gdyby nie chroniła innych, jaki byłby w tym sens? Draugi padały jeden po drugim. Zamontowane w nich sprzęty monitorujące wybuchały. Tak oszołomione, dobite zostawały przez Atsushiego paroma celnymi uderzeniami w odpowiedni punkt. Jak na zombie przystało, trzeba było rozpruć im łby. Dzięki fali EMP, jednocześnie osiągnąłem też drugi cel.
- Kamery i systemy bezpieczeństwa padły. Już sobie raczej nas nie pooglądają - rzuciłem z perfidnym uśmieszkiem, i wyciągnąłem rewolwery. Zakręciłem nimi dwukrotnie młynek i rozpocząłem ostrzał. Przyjmując kolejne sylwetki smoczego tańca, raziłem tabuny nieumarłych.
- Staraj się przebijać je na wylot z boku lub od tyłu, gdzie masz przysadkę mózgową, Blight. Ich rdzeń musi się wyłączyć w całości, inaczej - tu nakierowałem rewolwer na lezącemu ku nam Draugowi z połową twarzy. - Nie umrą, tak jak na załączonym obrazku!
Wypaliłem w delikwenta. Jego czaszka implodowała przy kontakcie z, podładowaną energią, kulą. Cała ofensywa trwała może minutę. Zealota radził sobie lepiej, niż świetnie. Gdzieś po drodze Khazarski wilk ruszył na pomoc Kyoko i reszcie.
- Systemy bezpieczeństwa padły, leć na spokojnie!
Nie byłem tylko pewien, na jaki zasięg użyłem fali. Wiedziałem, że w którymś miejscu się ona kończy, ale miałem tylko nadzieję, że Fenris wróci z cała trójką. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby Kyoko zginęła. No i szkoda mi byłoby Katagawy, wszak miał jeszcze przed sobą najlepsze lata swego dandysowego życia kobieciarza.

***

- Następny krok, śluza! - rzucił mag, podbiegając do betonowego zagrodzenia. Ja już zdejmowałem z pleców torbę, zwalniając klapy i zaczepy. Byłem przygotowany na sprawne wejście, ale do wyjścia mój ekwipunek też się nadawał.
- No to już, mam przy sobie parę granatów, jeden powinien wystarczyć, żeby...
- To chyba nie będzie potrzebne - stwierdził Blight, uśmiechając się. Strzelił palcami, a także w barku, rozprostowując kości. Tak rozgrzany, zebrał w sobie energię na jakiś potężny czar. Trwało to paręnaście sekund, na pewno krócej niż płomienna przemowa Curse. Na takie nie mieliśmy czasu. Dotknął ręką śluzy, a ta w ciągu kilku chwil rozpadła się, jakby strawiło ją setki lat naturalnych procesów rozkładających. Stanąłem jak wryty.
- Przypomnij mi, żebym cię nie wkurzał - zażartowałem, jakby to był ktoś z mojego obozu. To był mag, wróg, przeciwnik cholera. Ale w tamtej chwili miałem to gdzieś.

***

Dotarliśmy do łodzi, która na szczęście nie została trafiona moim EMP. Beton musiał zatrzymać wcześniej wybuch. Szkoda, że nie wyłączył bomb, a tym trzeba się było zająć.
- Ile mamy czasu? - zapytałem towarzyszących mi Atsushiego i Ookawę. Dostałem odpowiedź, że jakieś trzy minuty. Dorwałem się do jednego z ładunków i natychmiast uspokoiłem.
- Głowice jądrowe, tak? Ci w Nag mają już totalnego świra. - Szybkim ruchem zająłem się za zdejmowanie wieka. Odsłoniłem bebechy bomby. - Ale użyli przestarzałej technologii. Widziałem elementy takich nawet u nas na bazarkach i stadionach. A poza tym...to wciąż wygląda, jakby się za to brał jakiś Nazir...
Po krótkich oględzinach, wytłumaczyłem towarzyszom co mają robić.
- Są takie cztery, tak? Pamiętacie co robić? No to dawajcie!
Wyprostowałem się i popatrzyłem na niesprawną łódź. Wirus nie pozwalał na przeprowadzenie jakichkolwiek operacji i prawdopodobnie zdołał wykończyć połowę procesów w komputerze pokładowym. Zostawało więc operowanie manualne. Oblizałem wargi, poprawiłem kapelusz i zacisnąłem palce w pięści, przepuszczając prąd. Wprawdzie łódź nie była samochodem osobowym, ale spędziłem na morzu tak wiele lat, że znałem się na tym, jak mało kto. Wziąłem parę głębszych wdechów i chwyciłem w swą elektryczną sieć pojazd. Teraz to ja miałem nad nim kontrolę. Manualnie zająłem się uruchomieniem wszystkich układów, uniosłem zapadnięte klapy, zaraz potem warknęły pompy, odsączające łódź z wody.
- No...dawaj! - syknąłem, przepuszczając nieco więcej mocy przez układ. Coś syknęło. Bałem się, że coś sknociłem, jednak była to tylko moja wyobraźnia. Po prostu ta puszka potrzebowała sporo sił do działania. Czułem, jak zaczynam się pocić. Utrzymanie stabilnego napięcia i wykonywanie jednocześnie tak wielu operacji samoczynnie nie należało do najprzyjemniejszych. Potrzebowałem spokoju. Całe szczęście, że nie groziła mi śmierć pod gruzami kompleksu który miał zawalić się za mniej więcej dwie minuty.

***

Ile czasu tak trwałem? Mogła minąć minuta, ale dla mnie zdawało się to być wiecznością. Ludzie zaczęli przybiegać. Wchodzili, a wręcz wpadali do środka pojazdu, zdyszani, przerażeni, spanikowani.
- Rozgośćcie się...za chwilę startujemy...
Presja, jaka na mnie ciążyła, znalazła swe ujście w suchych jak Pustynia Rozpaczy żartach. To tak miałem umrzeć? Nie ma mowy, pomyślałem, zmuszając gruchota do działania. Wszystko już ładnie dudniło. Wszystko, poza głównym napędem.
- Gdzie...komandor?
- Kito? On... - ktoś rzucił z boku i jakby nie chciał dopowiedzieć. Albo sam nie miał pojęcia. Słyszałem tylko jakieś zgrzytanie z tyłu statku. Co on najlepszego wyprawiał? Ktoś zerknął na zegarek, do eksplozji pozostawały chwile. Bardzo długie chwile. Zgrzyt i oto uruchomił się główny napęd. Ruszyliśmy!
- Gen! - krzyknąłem, śmiejąc się nerwowo. Rzeczony, ogolony na łyso ex-komandor pojawił się w drzwiach komory dekompresyjnej. Chwilę potem byliśmy już w drodze. Wszyscy. Zgasło światło, nastąpił jakiś grzmot. Zatrzęsło nami. Napięcie, widać, nie chciało nas tak łatwo opuścić. Ale byłem dobrej myśli. Pięć minut temu omal nie potknęlibyśmy się o własne nogi, ale to wrażenie zdołaliśmy odczarować współpracując, jak dobrze naoliwiona maszyna. Może jednak było coś takiego jak szansa na pokój? Jak sojusz? Przyszłość malowała isę w trochę jaśniejszych kolorach, niż zanim tu wtargnęliśmy. Z dezaktywowanymi ciałami Draugów na pokładzie i najwyraźniej kimś jeszcze płynęliśmy ku powierzchni.
Ostatnio zmieniony przez Pit 02-03-2015, 22:17, w całości zmieniany 3 razy  
   
Profil PW Email
 
 
^Curse   #6 
Komandor


Poziom: Genshu
Stopień: Shinobi Bushou
Posty: 551
Wiek: 34
Dołączyła: 16 Gru 2008
Skąd: Lublin/Warszawa?



Dziesięć minut wcześniej

To już zaraz, za chwilę... wybije godzina zero. Nie ma już odwrotu.

Skupieni i powtarzając plan działania, płynęli łodzią w kierunku południowo-zachodnich wybrzeży Nag. Od kiedy Genbu Ookawa zlokalizował placówkę, wśród wtajemniczonych agentów panował niepokój okraszony jednak sporą dawką podekscytowania. Wszystko, włącznie z zaangażowaniem Babilończyków, byłego komandora i jego towarzysza spod chorągwi Yami, poszło w zadziwiająco ekspresowym tempie. Ostatnie dni były bardzo nerwowe, ale najgorsze miało dopiero nadejść. Zbliżało się nieuchronnie od zawsze, czekało tylko na odpowiedni moment. Żaden by nim nie był.

Osiem godzin wcześniej


Wszystko było przygotowane nie tylko ze strony Sanbetsu, ale również Nag. Kiedy dostała konkretne informacje o łodzi podwodnej, musiała działać szybko. Odpowiednio wcześniej zorganizowano jej ładunki wybuchowe wraz z instrukcją gdzie należy je umieścić. Odebrała je dopiero późnym wieczorem, w drodze do wojskowego portu, część w nich zostawiając w zaufanym miejscu. Na wszelki wypadek, pokręciła się trochę po mieście, więc cała podróż zajęła jej prawie dwie godziny. Nie spodziewała się, że ktokolwiek miałby jej cokolwiek do zarzucenia, ani tym bardziej, że mogłaby być o coś podejrzana, ale musiała zachować maksymalną ostrożność. Gdyby teraz zawiodła, wszystko wywróciłoby się do góry nogami.
Uruchomiwszy niewidzialność kombinezonu, przekradała się przez kolejne bramy, starając się zachować maksymalną ostrożność. Żadnego gwałtownego ruchu, żadnego dźwięku. Miała trzy minuty na wykonanie zadania, z których minęło już czterdzieści pięć sekund. Kolejne trzydzieści zajęło jej zlokalizowanie łodzi i wejście na nią. Dwa z ładunków były przeznaczone na zewnętrzną część. Odpowiednio przygotowane i zabezpieczone, miały być gwarancją powodzenia, gdyby nie udało jej się podłożyć reszty wewnątrz okrętu. Gdyby jednak dowództwo zmieniło plany i przeznaczyło dla nich inną jednostkę, zawsze pozostawało jej kilka ładunków. Jeden z nich umieściła na suchym obecnie fragmencie okrętu, ale drugi musiała musiał trafić w bardziej strategiczne miejsce. Trzy minuty to niewiele czasu, ale musiało jej wystarczyć. Sprawnie wskoczyła do wody i skierowała się ku turbiny, zamontowała ładunek i wypłynęła na powierzchnię. Cała akcja zajęła jej dosłownie chwilę, ale czas nieubłaganie się kończył. Puściła się biegiem przez port, nie zważając już na to czy kogoś zaniepokoją jej kroki. Mijając ostatnią bramę, zdążyła skręcić za róg budynku, kiedy odzyskała widzialność. W bocznej uliczce zdjęła zdjęła wodoodporny kombinezon i rozpuściła włosy. Powoli, spokojnym krokiem odeszła w stronę centrum.

Godzinę wcześniej

Po wejściu na pokład musiała dokładnie się rozejrzeć i znaleźć odpowiednie miejsca do podłożenia reszty ładunków. Jak zwykle, biorąc pod uwagę ostatnie dni, nie miała dużo czasu. Włączyła w beeperze plan okrętu, który wyświetlił się na jej soczewkach. Umiejscowiła na nim wirtualnie cztery ładunki, sprawiając jednocześnie wrażenie, jakby słuchała ustalanego właśnie planu, który i tak nie miał szansy na wejście w życie. Po kilku minutach wszyscy uczestnicy mieli parę chwil dla siebie.
Przypuszczając, że nie uda jej się zastać pustego mostku, ruszyła od razu w kierunku jednego z pomieszczeń technicznych. Było ich kilka, więc znalazła jedno, w odpowiednio pustej części pokładu. Wiedziała, że sanbetański okręt podwodny jest naszpikowany supernowoczesną technologią, a to działało tylko na jej korzyść. W zwykłej jednostce nie miałaby szans na wpuszczenie wirusa z miejsca innego niż główny panel. W tym modelu łodzi, wystarczyło go wgrać z jednego z trzech paneli dodatkowych, a wirus samoczynnie miał zainfekować systemy po zatrzymaniu jednostki. Zrobiła to, będąc w gotowości do włączenia kombinezonu, gdyby ktoś nagle pojawił się obok niej. Nie musiała jednak korzystać z tej opcji. Operacja była ściśle tajna, więc personel był okrojony do minimum, a okręt płynął niemal sam. Ograniczenie ofiar było jej na rękę.
Pozostawało jej kilkadziesiąt minut na umieszczenie ładunków. Robiła to sukcesywnie, przechadzając się po pokładzie. Kilkukrotnie mijała swoich towarzyszy, którzy również chłonęli wnętrza technologicznego cudu, w którym się znajdowali. Cztery ładunki, które miały zostać zdetonowane przez nią samą w odpowiednim momencie. W kieszeni leżał spokojnie detonator.

Teraz

Curse nacisnęła przycisk i ciężka, pancerna śluza oddzieliła ją od pozostałych.
Od razu pobiegła wąskim korytarzem do drugiej śluzy i tam wprowadziła na panelu kolejny kod zabezpieczający. Ponownie usłyszała za sobą ciężkie uderzenie zamykających się wrót. Nie odwróciła się, nie sprawdziła czy ktoś próbuje za nią podążyć. Jeżeli ktokolwiek próbowałby, zostałby tak jak i ona, pogrzebany tu żywcem. Pędziła przed siebie, mając przed oczami plan kompleksu. Korytarz w lewo, potem jeszcze jeden w lewo, a później w prawo. Kolejny z nich był już całkiem szeroki, a co kilkanaście metrów stały po obu jego stronach wieżyczki tureta. Kasumi zwolniła i ustawiła w nich automatyczny ostrzał, gdyby ktoś jednak pojawił się w zasięgu czujników.
Biegła jak szalona i zatrzymała się dopiero w połowie drogi do jedynej kapsuły ratunkowej w fabryce. Skoncentrowała się, chcąc wyczuć czy ktokolwiek za nią podąża, ale w pobliżu nie było nikogo, musieli więc wybrać powrót na okręt. Wystarczyło kilka kliknięć beepera i miała do dyspozycji wszystkie systemy obronne w całym kompleksie. Były jednak zbędne, bo woleli ratować własne życia niż pędzić za nią w nieznane. Włożyła rękę do kieszeni, z której wyjęła detonator. Żywi będą bardziej użyteczni, zabrzmiało jej w głowie. Niech więc tak będzie, odpowiedziała w myślach wspomnieniu i schowała urządzenie. Ruszyła dalej.
Fabryka była zupełnie pusta. Mijając otwarte drzwi laboratoriów widziała pozostawione sprzęty, które jednak nie mogły w niczym pomóc ewentualnym infiltratorom. Była zaskoczona, że akcja czyszczenia tego miejsca przebiegła tak sprawnie i nie pozostawiała śladu po prowadzonych badaniach. W obecnej sytuacji, kiedy i tak nikt za nią nie podążał, nie miało to większego znaczenia, całość po prostu poszłaby na dno oceanu. Zostały jej dwie minuty.
Podwodny kompleks był gigantyczny i przemieszczenie się z jednego końca na drugi nie było prostą sprawą. Wydawało jej się, że otrzymane pięć minut, to czas idealnie wyliczony na jej ewakuację. Skręcała wielokrotnie w wyznaczone jej przez mapę korytarze, co jakiś czas skupiając się mocniej na wyczuciu czyjegoś bijącego serca. Zupełna cisza.
Po kilkunastu kolejnych sekundach dotarła wreszcie do hangaru ewakuacyjnego. Na jej drodze stały grube, szklane wrota, które powoli uniosły się po wprowadzeniu kolejnego tego dnia kodu zabezpieczającego. Na ogromnej przestrzeni czekała na nią tylko jedna kapsuła ratunkowa pozostała po wielkiej czystce. Podbiegła do niej, weszła do środka i poczekała, aż zatrzasną się mocne zawiasy pokrywy. Zostało trzydzieści sekund.
Kapsuła zniknęła w znajdującym się w ścianie tunelu i wystrzeliła na zewnątrz kompleksu z ogromną prędkością. Po chwili nieco zwolniła, ale nadal szybko przemieszczała się w kierunku powierzchni. Leżąc i obserwując przez szklaną pokrywę rozjaśniającą się głębię oceanu, Curse sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyjęła ponownie detonator. Dała im cały czas, jaki tylko mogła, teraz pozostawało już tylko jedno. Ze wstydem przyznała w duchu, że nie chciała mieć na sumieniu swoich wieloletnich towarzyszy broni. Trzy... dwa... jeden... zero. Godzina zero. Wcisnęła guzik, ale nie usłyszała ani nie poczuła wybuchu. Serce zabiło jej mocniej. Chwilę później zagrzmiała eksplozja fabryki i fala wybuchu zatrzęsła niebezpiecznie kapsułą. Zastanawiała się czy detonacja ładunków na łodzi została zagłuszona, czy grupa infiltracyjna zdołała je rozbroić, zneutralizować wirusa w systemach i uruchomić okręt. Tak czy inaczej, zostawiając za sobą całe swoje dotychczasowe życie, była już agentka Kasumi Tora była przegrana zarówno w Sanbetsu, jak i Babilonie. Wiedziała, że jeżeli komukolwiek udało się przeżyć, będzie ścigana do końca życia. Cholernie chciało jej się palić i nie mogła się doczekać powrotu na suchy ląd.
   
Profil PW Email
 
 
RESET2_Coltis   #7 


Poziom: Ikkitousen
Posty: 91
Dołączył: 08 Lis 2015




O Światłości, za jakie grzechy karzesz mnie – wiernego sługę? Zostałem zwerbowany przez zdrajczynię do tego szaleńczego planu, mającego pochować nas wszystkich w morskich odmętach, jako proch z którego powstaliśmy. Dowodzić miał nami niejaki Tekkey – najprawdopodobniej ten sam, który już nieraz deptał mi po piętach. Gdy odbijałem Mitsu Higamoto z Har, był jednym z sanitariuszy zszokowanych nagłą epidemią mojej "dżumy". Później dowiedziałem się, że przyłożył rękę do upadku Ishiro. Sam planowałem zająć się tą sprawą. W Yurze podobno też był, a Stingbee miała wrażenie, że gdzieś już go spotkała. Z początku odniosłem wrażenie, jakoby cała ta farsa była pułapką, niesamowicie zgraną mistyfikacją Sanbetów. Kogo mieliby złapać? Kito Genkaku, oczywiście, oraz jego towarzysza – Khazarskiego zbiega. Bonus w postaci babilończyków biorących udział w spotkaniu z Shionem zapewne by im nie przeszkodził. Wiedziałem, że generał-renegat nie wepchnąłby się w tą beznadziejną sytuację, gdyby nie wierzył w powodzenie misji, toteż prędko odrzuciłem obawy. Agentka Kasumi Tora, znana mi z zapisków starszego Infulentiusa, oraz surowej prezentacji w dniu nadejścia wieści o Akuma, mimo wszystko również sprawiała wrażenie godnej zaufania. Komu, jak nie Sanbetsu, zależałoby bardziej na upadku Nag – najpotężniejszego rywala w cichej wojnie? Ceną za udział w tej tajnej operacji był Higamoto. Podejrzewam, że agenta Tekkeya bardzo ucieszył jego powrót. To jemu zwinąłem profesora tuż sprzed nosa. Dlatego to wszystko wyglądało tak wiarygodnie.

Nikt nie wziął pod uwagę zdrady. Usłyszałem rycerską mantrę, płynącą z ust Krwawej Wiedźmy. W gardle sam zrodził się maniakalny śmiech, który natychmiast uwolniłem. Pomyślałem, że to jakiś żart, chociaż oczywiście w głębi duszy wiedziałem jaka jest prawda. Przyznanie tego przed sobą zajęło mi kilka cennych sekund, potrzebnych nagijskiej szumowinie na ucieczkę. Wtedy wszystko przyspieszyło. Każdy zerwał się z miejsca, działając bez namysłu. Ułamek sekundy później Kito przejął dowodzenie.
- Draugi! - rozległo się z czyichś ust. Uzbrojeni żołnierze w ciemnych kombinezonach zaczęli wdzierać się do korytarza.
- Nie używajcie swoich mocy! - krzyknąłem, przestrzegając naszą drużynę. - Nag może mieć tu system monitoringu, lepiej nie dawać im przewagi na przyszłość.
Musiałem skoczyć za ramę podtrzymującą strop, by uniknąć przeszywających powietrze kul. Zdołałem uchwycić spojrzenie Arafel, gdy Kito dał rozkaz do odwrotu w kierunku łodzi. Zdawało mi się, albo było pełne wyrzutu. Chwilę później Araraikou – wysoki rangą Sanbeta – uwolnił potężną elektryczną falę, która zniszczyła chyba większość automatycznych działek i monitoringu podwodnej pułapki.
- Kamery i systemy bezpieczeństwa padły. Już sobie raczej nas nie pooglądają – skomentował. Razem odpieraliśmy atak nagijskich superżołnierzy. Pit, bo taki miał kryptonim, pruł do nich z rewolwerów, przy okazji instruując jak poradzić sobie z zagrożeniem. Tekkey dokopał się naprawdę głęboko, jeśli chodzi o sekrety Cesarstwa i jak widać jego mieszkańcy wyznaczyli nam za to wysoką cenę. Draugi były niesamowicie odporne. Wszyscy nazywali je "kukłami", "nieumarłymi". Jak dla mnie te istoty (wiedziałem, że nie są nawet zwykłymi nadludźmi) były czymś więcej. Sposób w jaki walczyły zdradzał, oprócz podstawowego wojskowego przeszkolenia, całkiem niezły zmysł taktyczny. Oczywiście nie dorównywał naszym umiejętnościom w tym zakresie, ale jak na maszyny bojowe ci goście w ciemnych kombinezonach byli aż nadto ludzcy. Zmieniłem zdanie w następnej chwili. Moje potężne ciosy robiły im niewiele, jakby zupełnie nie odczuwali bólu. Z tą samą reakcją spotkałem się, gdy złamałem jednemu obie nogi w kolanach. Wciąż próbował się bić. Stingbee pruła do tych wynaturzeń ze swoich DE 215, co jakiś czas wymieniając magazynki. Skutek był równie mizerny. Dopóki Draug miał głowę na karu – walczył dalej. Gdy pierwsza fala przeciwników leżała u naszych stóp, doskoczyłem do śluzy i zmieniłem ją w drobny pył jednym ledwie dotykiem. Agent władający prądem stanął jak wryty.
- Przypomnij, żebym cię nie wkurzał – rzucił ze śladem uśmiechu w głosie.
Khazarski towarzysz eks-generała rzucił się natomiast w pogoń, jak mi się najpierw wydawało. Tak naprawdę miał zadbać o bezpieczny powrót grupy, którą puściliśmy przodem. Ja, Pit i Tekkey udaliśmy się w kierunku łodzi. Zostało nam niewiele ponad trzy minuty czasu. Odszukanie ładunków wybuchowych, o których telepatycznie wspomniał Genkaku, nie zajęło nam dłużej niż pół minuty. Tora musiała bardzo się spieszyć i posiadać szczątkowe umiejętności w tym zakresie. Trzymający się na uboczu Arca dopadł do jednej z bomb.
- Trochę się na tym znam, Blightey – stwierdził i puścił do mnie oko. Uśmiechnąłem się szeroko, gdy zaczął rozbrajać delikatny mechanizm. Poświata jaką emitowało jego zaklęcie "Celestial Gate" dawała o sobie znać przy każdym ruchu, delikatnie pulsując. Sprytny drań był gotowy w każdej chwili rozpocząć ewakuację z ładunkiem, gdyby coś miało pójść nie tak. Chociaż w obecnej sytuacji pięć sekund, jakich potrzebował na skok, nie dawało wielkich szans na ucieczkę w ostatnim momencie.
- Dzielny z ciebie zealota, Arca. Podobno Merriamowi zdarzyło się przyznać parę pośmiertnych medali. Teraz jeszcze tylko powiedz mi, gdzie jest zapalnik.
Zbierając informację od młodszego Infulentiusa oraz agentów udało mi się stworzyć w myśli obraz, jakiego potrzebowałem do działania. Dotknąłem obudowy ładunku i skupiłem się na posłaniu zgnilizny do wnętrza. Cienka nitka zepsucia torowała sobie drogę pośród elementów, których naruszenie mogło wywołać eksplozję. Pot spływał mi po twarzy, tak samo zresztą jak mojemu towarzyszowi. Usłyszałem Kito, pytającego o sytuację, jednak najmniejszy błąd sprawiłby, że zostaniemy pochowani w nagijskich głębinach. Nie odezwałem się. Wręcz przeciwnie, zacisnąłem zęby i brnąłem dalej w strukturę bomby. Krok po kroku zbliżałem się do części, której likwidacja uczyni bombę bezużyteczną - mechanizm nie zadziała, zapłon nie nastąpi.
- No dawaj – wysyczałem przez zęby. Dawno nie czułem takiej presji, nawet wtedy, gdy uciekałem ze Świętego Zygfryda po zlikwidowaniu Hanny. Odbicie dyplomaty w Wilczej Paszczy również rozegrałem chłodno i spokojnie. Dlaczego teraz tak bardzo się bałem?
Groźba eksplozji głowic nuklearnych pochłaniających wszystkie komórki mojego ciała – oto co sprawiało, że traciłem głowę. Wybuch tego rozbrajanego właśnie ładunku jakoś bym przeżył, dzięki pokładom douriki i założonemu kombinezonowi. Najwyżej leczyłbym blizny od poparzeń do końca swoich dni. To, czym została podminowana podwodna fabryka nie dawało natomiast żadnych szans. Mam wrażenie, że moment w którym Lumen obdarzył mnie mocą miał w sobie cząstkę tego, co czuje się ułamek sekundy przed kompletną dezintegracją. Dane mi było jednak odrodzić się na nowo. Nagijczycy zaoferowali nam natomiast bezpowrotne zniszczenie. Obróciłbym się w nicość.

Udało mi się dezaktywować ładunek. Odetchnąłem z ulgą. Stingbee stała ten cały czas nade mną niczym anioł stróż, czułem jej wzrok na plecach. W końcu usłyszałem jak się odzywa.
- Blight! Została jeszcze jedna!
Mrugnąłem. Zdawało mi się, że trwa to całą wieczność. Jeśli nie usuniemy wszystkich, ryzykujemy śmierć. Jeszcze jedna. Nie mamy na to czasu. Drugie mrugnięcie. Powieki spadły ciężko, jak grodzie podwodnego kompleksu. Zauważyłem Arcę, jak ze smutnym uśmiechem podchodzi do ostatniej przeszkody, cały świetlisty, gotów oddać życie za powodzenie ucieczki. Gdziekolwiek rzucił kotwicę, właśnie tam zginie, a wraz z nim wszystko w promieniu kilkunastu metrów.

Czas przyspieszył.

Rzuciłem się w kierunku żółtodzioba i pchnąłem go mocno na ścianę. Doskoczyłem do bomby i przyłożyłem do niej dłoń. Wszystko na jedną kartę. Zniszczenie natychmiastowe, gdzie każdy atom konstrukcji w kompletnym bezruchu zostaje oderwany od innego. Nigdy nie używałem tego Sinner's Command w taki sposób. Na modlitwy o sukces było za późno. Mogłem tylko wierzyć w Jego opatrzność.
- Sono taisetsu na sonzai... Kuchihateru!

***

Dopiero wstrząs kadłuba zdołał zmienić moją pozycję. Zwaliłem się bezwładnie z nóg i wpadłem w objęcia Stingbee, która asekurowała mój upadek. Garstka różnokolorowego pyłu, która została mi na dłoni, wystarczyła mi za dowód zwycięstwa w tej przegranej sytuacji. Nie zyskaliśmy nic. Mogliśmy stracić wszystko. Żyjemy, a jeśli żyjemy – Nag pozna prawdziwe oblicze zemsty.
   
Profil PW Email
 
 
RESET2_Drax   #8 


Poziom: Wakamusha
Stopień: Jizamurai
Posty: 19
Dołączył: 19 Lis 2015




- Nic się jeszcze nie skończyło! – wrzasnął Drax i był gotów do wykonania skoku w kierunku zdrajczyni, lecz w tym samym momencie śluza się zamknęła.
Co prawda, dzięki swojemu zaklęciu mógł bez problemu przeniknąć przez wszelką materię, lecz co wtedy? Irytująca prawda była taka, że sam nie pokonałby tej przebrzydłej baby, nawet jakby bardzo chciał, a pozostałym zajęłoby chwilę, nim zdołaliby przedostać się przez przeszkodę i go wspomóc. A na to nie było czasu – pięć minut to cholernie mało, żeby wydostać się z tej pułapki. Dlaczego w ogóle się tu znalazł? Dlaczego postanowił pomóc Coltisowi, gdy ten się do niego zwrócił o pomoc w tej misji? Ten człowiek już po raz drugi sprowadził na głowę Cesare’a śmiertelne niebezpieczeństwo – najpierw ruszyli wspólnie do Khazaru i spotkali Shiona Ryuzakiego, który mógłby ich pozabijać bez większych problemów, a teraz to! W dodatku ściągnął ze sobą Arafel, siostrę białowłosego maga i jedyną kobietę, która potrafiła go wyprowadzić z równowagi wyłącznie faktem, że oddychała tym samym powietrzem, co Drax. No, może nie jedyną, nie po tym, co zrobiła przed chwilą Curse.
Drax miał właśnie wytknąć agentowi babilońskiego wywiadu, że już więcej w niczym mu nie pomoże, gdy w jego głowie rozległ się czyjś głos. Nie, nie czyjś – był to bez wątpienia kolejny wielki zdrajca – Kito Genkaku. Z nim, na szczęście, Cesare nie miał żadnego problemu i postanowił się podporządkować. W końcu chwilowo grali w tej samej drużynie i w grę wchodziło również życie łysego mutanta, więc na pewno będzie starał się ze wszystkich sił obmyślić jakiś plan i wyciągnąć ich z tej kabały, a ze wszystkich obecnych – mimo, iż Cesare niewiele o nich wiedział – wydawał się najbardziej kompetentny do tego zadania.
W błyskawicznym czasie wszystko zostało ustalone, a on, o ironio!, został przydzielony do tej samej grupy, co Naoko. Tą decyzją Genkaku postawił pięknego minusa na swoim koncie, ale to nie była chwila, by o tym rozmyślać. Na to przyjdzie czas później, kiedy uciekną z tego przeklętego laboratorium. O ile uciekną…
- Nie używajcie swoich mocy! – Krzyknął Coltis rzucając się za najbliższą osłonę. – Nag może mieć tu system monitoringu, lepiej nie dawać im przewagi na przyszłość.
To dodatkowo utrudniało sprawę, lecz kolejny z potężnych Sanbetów dał popis swoich umiejętności i za pomocą elektrycznego czary-mary usunął problem. Drax już miał ruszyć w kierunku uprzykrzających im życie Draugów, lecz znowu nie zdążył ze swoim czarem – to wielkie tuzy z ich drużyny dosłownie wymiotły korytarz z pierwszej fali tego nagijskiego cholerstwa. Zimny dreszcz przeszedł po plecach Cesare’a. Nagle poczuł się mały, słaby i nic nieznaczący, a tak jeszcze nigdy wcześniej o sobie nie pomyślał. Co innego Shion Ryuzaki, co innego jego właśni towarzysze. Nowy czar, rozpoczęcie nauki wyjątkowej szkoły walki, przystąpienie do Inkwizycji – to wszystko, co jeszcze niedawno napełniało go dodatkową pewnością siebie, teraz straciło na znaczeniu. Czuł, że jeśli chce przeżyć nadchodzące ciężkie czasy, będzie musiał się jeszcze bardziej wzmocnić.
Z odrętwienia wyrwał go ponowny atak Draugów. Przylgnął do ściany, starając się maksymalnie ograniczyć ryzyko oberwania świstającymi pociskami. Teraz sami musieli sobie z tym poradzić, w trójkę – on, Arafel i ten agent. Wyglądało na to, że był najsłabszym ze wszystkich mutantów, jakich zgromadził Ookawa. W dodatku jego ukochana siostrzyczka, o ile nic się nie zmieniło, również nie była zanadto obyta w bezpośrednim starciu. Białowłosa zealotka zauważyła jego spojrzenie, a on, zupełnie mechanicznie, posłał jej wyjątkowo paskudny uśmieszek. Ku jego chwilowemu rozbawieniu, musiało ją to dosyć mocno rozsierdzić, gdyż wybiegła na środek korytarza, oddała kilka strzałów bez żadnego efektu i ponownie się schowała.
Ta akcja jednak miała swój skutek – Drax poczuł, że jeśli on nie zadziała, to mogą mieć problem z wykonaniem zadania. Otoczył się swoją aurą, a następnie ją wchłonął i wreszcie udało mu się wykonać skok – trafił prosto w środek grupy Draugów i natychmiast, zanim przeciwnicy zdołali się zorientować, uderzył łokciem najbliższego z nich prosto w środek maski zakrywającej twarz. Nagijczyk poleciał na najbliższą ścianę i osunął się po niej bez znaku życia.
Cesare ponownie otoczył się magiczną energią, używając swojego podstawowego czaru w trybie Fornax i ruszył do tańca z tymi dziwnymi tworami, gdy nagle kątem oka zauważył, że jeden z nich pada na ziemię rażony z dziwnej broni. To była sprawka Naoko, która trzymała w ręku specyficzną spluwę z arsenału Sanbetsu. Jak weszła w jej posiadanie? Tego nie wiedział, wiedział jednak, że Arafel było całkowicie obojętne kogo z walczących trafi, wliczając w to jego samego. Poczuł nagłą wściekłość i, zablokowawszy ramieniem cios kolejnego Drauga, kopnął go prosto w krocze, wkładając w to całą swoją siłę. Ciałem zmarłego rycerza rzuciło niemal o sufit, lecz zamiast zwijać się z bólu i rozpaczy nad utraconymi jądrami, zerwał się on z podłogi i, jakby nigdy nic, ponownie zaatakował. Drax, zdumiony do granic, uchronił się przed kolejnym atakiem i skontrował, łapiąc przeciwnika za kark i uderzając jego głową w ścianę. Dopiero wtedy cesarski bezwładnie upadł na podłogę i tak już pozostał.
Cesare szybko zrozumiał – Draugi były całkowicie odporne na ból, a ich jedynym słabym punktem była głowa. Czy może raczej mózg, albo coś, co tam mieli w zastępstwie. To była wartościowa informacja.
- Wyłącz te cholerne świąteczne światełka – mruknęła Arafel, niespodziewanie zjawiając się tuż obok niego.
Drax prychnął i rzucił się do ataku, kątem oka zauważając, że jego siostra robi dokładnie to samo. Ciężko było mu to stwierdzić, ale spisywała się całkiem nieźle. Do momentu, kiedy trzeba było wykończyć przeciwnika – nie wiedziała jak.
- To nic nie da – mruknął i dobił zombie, które przed chwilą uznało wyższość jego siostry.
Niestety, Draugi nie znały czegoś takiego, jak poczucie strachu, czy wściekłości – starały się wyeliminować przeciwnika z niezmąconym spokojem i widok kolejnego z ich towarzyszy, który padł po wspólnej akcji białowłosego rodzeństwa, nie zachwiał nimi w żaden sposób. Po prostu wycelowały broń i zaczęły strzelać.
Zealota najszybciej jak potrafił, złapał zwłoki powtórnie zabitego rycerza i zasłonił się nimi przed serią z automatów dzierżonych przez kompanów jego prowizorycznej tarczy.
- Zamknij oczy! – Krzyknęła nagle Naoko, a on posłuchał bez zastanowienia.
Granat świetlny zrobił swoje i dał im chwilową przewagę nad wrogiem. Ostrzał ustał, a inkwizytor, korzystając z okazji, unieszkodliwił następnego umarlaka.
Nie można było jednak jeszcze świętować zwycięstwa i mag odwrócił się błyskawicznie do kolejnego celu. Zamarł, widząc wycelowaną w siebie lufę broni – nie miał praktycznie żadnych szans na ucieczkę, a Draug z takiej odległości po prostu nie mógł nie trafić. Uratował go niespodziewany wypad Graversha. Agent najwyraźniej postanowił wreszcie, iż nie będzie dłużej stał jak kołek i podbiegł najszybciej jak tylko potrafił do grupy walczących, wpadając całym ciężarem ciała na nieumarłego, który właśnie miał uśmiercić białowłosego maga. Dwójka mutantów zaczęła tarzać się po ziemi, usiłując zdobyć przewagę nad przeciwnikiem.
Drax odetchnął z ulgą i, pokonawszy następnego rywala, odwrócił się do ostatniego już z tej grupy Draugów tylko po to, by zobaczyć, jak zostaje obezwładniony przez jego siostrę. To było dziwne uczucie – walczyć wspólnie o życie z kimś, kogo najchętniej by się zabiło. A gdyby tak…? Wszyscy inni byli zajęci swoimi obowiązkami, kamery były zniszczone przez Kaeru Araraikou. Jako ewentualny świadek siostrobójstwa, albo przynajmniej siostrobicia, pozostawał jedynie Graversh, który… dostawał ciężkie lanie! d’Arce doskoczył do nagijczyka, odciągnął go od zmasakrowanego w rekordowym czasie agenta, a następnie pchnął w stronę Arafel – niech sobie radzi i się cieszy, że to jedyny niespodziewany prezencik od ukochanego brata.
Białowłosy inkwizytor pomógł Gravershowi wstać, po czym złapał za truchło najbliższego Drauga i zarzucił je sobie na ramię.
- Pora się zwijać! – Krzyknął i wskazał Gravershowi innego rycerza. – Weź jeszcze jednego, będzie do podziału, jak już się stąd wydostaniemy – oznajmił i popędził w stronę łodzi.
Po drodze minął zmasakrowanego rycerza, który był ich źródłem informacji. Przez chwilę myślał nawet, czy by go nie uwolnić, ale szybko porzucił ten pomysł – po pierwsze nie było czasu, a po drugie to przez niego się tutaj znaleźli. Może i chciał dobrze, ale Cesare miał gdzieś taką pomoc. W tej chwili mógł sobie popijać zimne piwko gdzieś w Arkadii za uczciwe – po raz pierwszy od dawna – pieniądze, zamiast panicznie uciekać na z góry ustalone pozycje.
O dziwo, jego bezduszna siostra miała najwyraźniej na ten temat odmienne zdanie i postanowiła pomóc Malborowi, tracąc na ten dobry uczynek kolejne drogocenne chwile. W końcu jednak się jej udało.
- Było blisko - wyszeptał Graversh, macając się delikatnie po twarzy, na której zaczęły się pojawiać pierwsze opuchlizny.
- Jakbyś potrafił zrobić cokolwiek, może nie mielibyśmy takich problemów. W niczym tam nie pomogłeś - Arafel rzuciła oschle, poprawiając sobie fryzurę.
- Uratował mi życie! - Cesare postanowił wziąć w obronę swojego towarzysza, posyłając jej nienawistne spojrzenie.
- Tak, jak mówiłam. W niczym nie pomógł, ale teraz może. Bierz tego biedaka, musimy zanieść go do łodzi. Tobie z kolei zostawiam te bezduszne marionetki.
Na szczęście innym również się powiodło i gdy d’Arce wpadł do łodzi, wszystko już było gotowe. Rzucił targane ze sobą truchła Draugów pod nogi towarzyszy, samemu siadając obok jednego z nich.
- Pomyślałem, że może się przydać – wyjaśnił, poklepując swoją zdobycz po plecach.
   
Profil PW Email
 
 
^Tekkey   #9 
Generał
Paranoia Agent


Poziom: Genshu
Stopień: Shogun
Posty: 536
Wiek: 31
Dołączył: 24 Cze 2011



Koszmar nocy karnawałowej
AKT III
Rycerka:
<zdradzając> Nie próbujcie nawet wracać do łodzi, do niczego się już nie nadaje... Przepraszam. Przykro mi, że tak to się kończy.
<stalowa kurtyna zapadła>
Dziwaczny paraliż zniknął. Curse też. Pozostał tylko zapach klęski. Taka sytuacja.

Tekkey przeklinał w duchu. Obrót spraw był dość zaskakujący. Gdyby tylko zawczasu zorganizował zakłady dla wtajemniczonych w akcję najwyższych przedstawicieli Armii, o to kto jako pierwszy zdradzi drużynę, a osobiście postawił wszystkie swoje pieniądze na Torę. Nie byłby to jeszcze poziom machlojek Kazuyi Ichiro, ale całkiem konkretna wprawka w tym kierunku. W dodatku miałby na tym interesie całkiem sensowne przebicie. Komputerowe symulacje przebiegu akcji, dokonane w oparciu o skład osobowy oddziału i wszystkie znane zmienne, nigdy nie orzekały więcej niż kilka procent szans na zdradę Kasumi. Była w końcu porucznikiem! Weteranką ataku na khazarską Sermorę! Pupilką kapitana Nobunagaki, będącego jedną z głównych szyszek pionu Inpu! Stary pierdziel padnie na zawał, gdy usłyszy o zdradzie. Pewnie nawet śmierć nie odklei jego tyłka od wysokiego stołka, którego kurczowo się trzymał niczym przyspawany. A jeśli jednak przeżyje pierwszy szok… będzie trzeba poddać daimyo przesłuchaniu stopnia trzeciego, by zbadać czy nie jest cichym współuczestnikiem zdrady. To samo tyczyło się pozostałych uczestników wycieczki do Renegi: Pita, Graversha, Doe, pary komisarzy Imai i Katagawa. Sam Genbu nie był, oczywiście, wyjątkiem od tej procedury. Wcale nie zdziwiłby się, gdyby w trakcie tortur wyszło na jaw, że cały czas podświadomie tłumił w umyśle jakąś wiedzę o swoim tatku rycerzu. Ten kraj od dawna potrzebował czystki w szeregach, a po katastrofie w Fabryce, nikt nie może temu twierdzeniu zaprzeczyć. Już po zakończeniu afery Kayzera Soze, chuunin złożył projekt masowego poddania wszystkich pracowników wywiadu działaniu Tabula Rasa Machine, w celu wymazania wszelkich pozytywnych wspomnień o eks-komandorze. Może choć tym razem kapitanowie zagryzą zęby i podejmą właściwą decyzję.
Choć minęło już kilka dobrych sekund od rozpoczęcia recytacji nagijskiej poezji XVII wieku oraz opadnięcia stalowych wrót, nastrój na introspekcję nie chciał agent opuścić. Zamiast działać, stał tylko, kontemplując rozmaite aspekty sytuacji. Przeszkadzał mu w tym tylko ten smród… Absurd - pracując w takich warunkach mieszkańcy północno-zachodniego kontynentu śmieli narzekać na zanieczyszczone powietrze Sanbeckich miast? Węch wzmocniony jak zwykle dawką Smoczego Eliksiru wychwytywał w powietrzu nieznośny, chemiczny odór. Niecenzuralna Klątwa! Szpieg wysiłkiem woli przełamał mentalną stagnację. Zmusił się do sięgnięcia po zasobnik z czarną pigułką Kishoi, ale samo podjęcie najmniejszej nawet akcji zdawało się przezwyciężać efekty działania trucizny w powietrzu. Albo też nadludzka odporność właśnie postanowiła o sobie przypomnieć. Zrobił krok w kierunku śluzy, potem drugi. Jeszcze jeden, a może zacząć wiercić w niej dziurę. W daremnej, ale niezbędnej dla zachowania honoru, próbie schwytania Curse. Tuż obok dłoni agenta przeleciał piorun i z wielkim trzaskiem Pit wpadł w metal. Wyglądało na to, że pozostali członkowie drużyny również zaczynali się otrząsać z efektów Emo-gazu.
Chwilę później z równie głośnym rumorem kapitan sanbeckiego Sekigunu wypadł z metalu po tej samej stronie drzwi. Cholerne nagijskie drzwi nie do przejścia! Sorata jak ostatni fajtłapa wpadł na Genkaku, wbił się w nich jeszcze jeden z Babilończyków. Byłoby to wspaniałe uwieńczenie dokonań Drużyny Marzeń, gdyby kolejny Babilończyk, ten chichotliwy, nie zepsuł nastroju fiesty niekompetencji. Jednym dotknięciem dłoni i kilkoma wymruczanymi w mowie Despero słowach, obrócił śluzę w proch.
Wydawało się to podejrzanie wygodne. Ostatnio renoma służb Kościelnych mocno w świecie podupadła. Kto mógł przypuszczać, że Babilon dla odmiany przyśle kogoś użytecznego? Nareszcie jakiś pomyślny wyrok sił wyższych. Ookawa zerwał się do biegu za Rycerką. Mogła uciekać, ale przeciw takiej przewadze liczebnej nie miała w gruncie rzeczy szans na wykaraskanie się bez szwanku. Jeśli ją schwytają i odbiorą detonator, może uda się powstrzymać wybuch fabryki. Ostatecznie Pit mógłby wysmażyć EMP całą elektronikę w najbliższej okolicy. Z odrobiną szczęścia może nawet przeżyją po dokonaniu zemsty na Curse.
Zemsty z obowiązku, bo chociaż ta konkluzja była nieoczekiwana, zdrada Kasumi nie bardzo dotknęła go osobiście. W sumie znal ją może pół roku z okładem? Załatwiali tylko zawodowe sprawy, nie znał jej prywatnie. Tak czy inaczej barbarzyńska krew w końcu się w niej bezsprzecznie odezwała – odchodząc nawet nie powiedziała „żegnam”. Wszyscy cudzoziemcy przejmują sanbecką kulturę, ale za nic nie potrafią opanować podstaw dobrego wychowania. W gruncie rzeczy, egzekutorki nie powinno tu być. Załapała się przypadkiem, miała w kartotece wpis o udziale w unicestwieniu Sermory, a od czasu afery Kayzera Soze szpieg zachował numer jej beepera. Głupia wpadka agentów – poznali sekret i natychmiast poinformowali o tym fakcie szpiega swego przeciwnika. Tora tylko wykonywała obowiązki wobec kraju, tego nie mógł mieć jej za złe. Zresztą, jakie cenne informacje mogła przekazać wrogowi egzekutorka? Inpu było psami obronnymi, ludźmi na posyłki. Co innego Genkaku, ten pozostał priorytetowym celem wszystkich agentów, a dobra wola wykazana w kooperacji przeciw Nag nic w jego przypadku nie zmieniała.
- Mamy mało czasu, więc przejmuję dowodzenie. Wracamy do łodzi, to nasza jedyna szansa. Ruszamy tędy, ale zanim to zrobimy, niech każdy z was przez następne dziesięć sekund myśli intensywnie o mocach, jakimi dysponujecie. Chcę wiedzieć, jak najefektywniej wykorzystać wasze umiejętności – jak diabeł z pudełka, mentalny głos ekskomandora wpakował się bezceremonialnie do głowy byłego podwładnego.
Agent zatrzymał się jak wryty. Był jedynym, który przekroczył zniszczoną barierę. Najpierw Curse, a teraz także reszta drużyny zaczynała się wykruszać. Uwięzieni kilometr pod zimnymi wodami oceanu, jedynie w towarzystwie nieumartych maszkar i z perspektywą rychłej detonacji ładunków wybuchowych pod stopami, oni woleli myśleć o własnym przetrwaniu, a nie dopełnieniu obowiązku. Słabeusze !
- Jakbyś nie wiedział co potrafię, Kito. Zawodowo jestem super-budowlańcem! Już czysto hobbistycznie: magnesem na zdrajców. Mam plecy idealne do wbijania w nie noży – odmyślał Tekkey, nie siląc się na uprzejmość.
Nie doczekał się odpowiedzi, bowiem armia nagijskich maskotek sezonu właśnie wdarła się na korytarz przy akompaniamencie strzałów. Szpieg naciągnął tylko na głowę kaptur, spiął mięśnie i kompletnie zignorował kanonadę. Zatem… w którą stronę ruszyła Curse? Powinien bez problemu wychwycić mokre ślady wzmocnionym eliksirami wzrokiem. Jeszcze zdąży ją dogonić, nim nadejdzie chwila wybuchu. W opcji remisowej, oboje skończą w podwodnym grobowcu.
- Ruszamy do łodzi! – tym razem Genkaku pofatygował się wypowiedzieć rozkazy. – Fenris, bierz ten korytarz i sprowadź tu pierwszą grupę. Kapitan Araraikou użyje swoich mocy by wyłączyć zabezpieczenia. Potem dołączy do Bighta i porucznik Ooawa. Wy wchodzicie na łódź. Macie znaleźć i unieszkodliwić ładunki. Pozostali zealoci i agent Graversh, będziecie bronić korytarza. Przygotujcie się. Ja wychodzę posprzątać na zewnątrz. Mamy cztery minuty!
Tekkey był tak osłupiały, że z wrażenia usłuchał. Nadal niedowierzając w to co słyszy, cofnął się i klapiąc mokrymi podeszwami ruszył za wyznaczoną grupką. Poznał Kito ponad dwa lata temu, podczas operacji „Bazyliszek” w Fojikawie. Od tego czasu od czasu do czasu wpadali na siebie wykonując swoje zawodowe obowiązki. Kilka miesięcy temu niemal zdołał na czas Kayzera Soze i ujawnić światu jego prawdziwą tożsamość. Ale ten dupek nawet nie potrafił zapamiętać jak Ookawa ma na nazwisko .
Dwadzieścia metrów dalej, przy zalepionym kryształami otworze, przez który oddziałek samobójców wpadł do Fabryki, były agent najwyraźniej przymierzał się do wypadu na zewnątrz. Z pomocą Thekala zamienił się w rybio-ludzkie-coś. Tekkey czuł, że po tym widoku już nigdy nie zdoła tknąć sushi, ani żadnej potrawy mającej w składzie owoce morza. Po transformacji, ekskomandor najwyraźniej przymierzał się właśnie do bezmyślnego otwarcia potrzebnej dziury brutalną siłą. Nie zdawał sobie sprawy, że w ten sposób potopi ich wszystkich? Agent przyśpieszył kroku. Genkaku zaczynał brać rozpęd, zaszarżował na rdzawą ścianę jak wściekły Czerwony Byk. Tekkey poczuł się jakby dostał skrzydeł. Biegiem przebiegł ostatnie kilka metrów. Jednym ruchem wyszarpnął za kaptur materiał krwawego kombinezonu spod czarnego stroju mitsukai. Drugim zarzucił go za plecy Genkaku, mającego walnąć korpusem w ścianę i natychmiast utwardził. Gdzieś pomiędzy tymi dwiema czynnościami rozpuścił właściwą część muru, dzięki czemu Iluzjonista wypadł w wodę jak korek szampana. Prowizoryczna śluza wytrzymała. Przynajmniej chwilowo byli bezpieczni. Genbu czuł się jak pijany, od nagłego nadmiaru adrenaliny. Teraz czekało go jeszcze tylko rozbrajanie ładunków wybuchowych na ich jedynym dostępnym wehikule ucieczkowym, z nieprzekraczalnym deadlinem jakichś 3 minut. Drobnostka, czuł się zmotywowany jak nigdy. Albo świat zwariował, albo on. Już chyba wolałby głupią, honorową śmierć w walce z Curse.
- Ile mamy czasu? – znienacka spytał zza pleców Pit. Przez ten zamęt z Genkaku, Genbu niemal zapomniał, że pozostali członkowie oddziału nadal są tuż obok.
- Trzy minuty – niemrawo wymamrotał w odpowiedzi chuunin.
Curse nie miała dużo czasu na ich rozmieszczenie. Mimo to ładunki wewnątrz łodzi były ukryte sprytnie, jak na okoliczności. Gdyby nie obecność Pita, żywego wykrywacza urządzeń elektronicznych, pewnie dłużej by ich szukali. Pit był przekonany, że na pokładzie były tylko cztery.
Pierwszą bombę rozbroili w zasadzie kolegialnie. Po przydługim i całkowicie zbędnym instruktarzu kapitana Sekigunu pod tytułem „jak rozbrajać bombę”, trzej pozostali mężczyźni mogli zabrać się do pracy nad pozostałymi. Agent z wprawą unieszkodliwił swoją. W drugiej zaczął grzebać ten większy Babilończyk, Arca. Coltis oglądał trzecią. Kręcił nią, jakby był to pierwszy ładunek jaki rozbrajał. To nie wróżyło dobrze. To tyle, jeśli chodzi o kompetentnych Babilończyków. Nowicjusz w każdej chwili mógł coś spieprzyć, wszystkie ładunki eksplodować tuż obok siebie. Tora mogła tylko marzyć, że zbiorą je wszystkie w jednym miejscu. Tekkey obejrzał się na Araraikou z niemym przerażeniem. Ten nie podzielał zaniepokojenia. Wyglądało, jakby uciął sobie drzemkę przed konsoletą sterowania.
Mimochodem wyłapał Chimyaku, jak Genkaku szarpie się z jakimś elementem łodzi. On też usiłuje w ten sposób rozbroić zewnętrzne ładunki? Chwilę później ekskomandor odleciał w tył, odrzucił coś niedbałym gestem. Chuunin nie był ekspertem od szczegółów budowy łodzi podwodnych, ale chyba właśnie stracili śrubę. Zdecydowanie, to świat oszalał.
W międzyczasie, jeden z zealotów skończył rozbrajać bombę i wziął się za kolejną. Nie zostało już nic do zrobienia. Uda się albo nie. Agent wstał i skierował się do wyjścia. Była jeszcze jedna rzecz, którą mógł poprawić całą sytuację. Po wejściu ostatnich uciekinierów na pokład, opleść statek plecionką nici i utwardzić je, by wzmocnić kadłub przed momentem eksplozji Fabryki. Materiału miał na szczęście mnóstwo w kryształowej ścianie. Po tym pozostało już tylko modlić się o łaskę do nieistniejących bogów, rządzących światem Tenchi. Nie wierzył w nich, nie zamierzał ich czcić, ale ten właśnie moment idealnie się nadawał, by zadali sobie trud udowodnienia swego istnienia. Tak dla publiki.


A mogę zrobić wszystko! Wystarczy Twoja krew.~
Ostatnio zmieniony przez Tekkey 03-03-2015, 00:20, w całości zmieniany 7 razy  
   
Profil PW Email
 
 

Temat zablokowany  Dodaj temat do ulubionych



Strona wygenerowana w 0.13 sekundy. Zapytań do SQL: 18