Tenchi.pl Strona Główna » Tenchi.pl » Tenchi PBF » Świat » [Tankyuu] Sekretna wojna

[Tankyuu] Sekretna wojna
 Rozpoczęty przez *Lorgan, 27-02-2010, 14:51

52 odpowiedzi w tym temacie
»Kalamir   #21 
Yami


Poziom: Genshu
Posty: 1033
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 38
Dołączył: 21 Lut 2009

Kalamir przyjrzał się drapieżnemu kociakowi by porządnie się nad nim zastanowić. Nie przypominał sobie by tu występowały takie koty. Nie przypominał sobie by w ogóle takie koty występowały gdziekolwiek. Natychmiast wykluczył genetyczna mutację na drodze ewolucji. To musiała być ręka człowieka, która pozostawiła swój ślad w przyrodzie. Ale, czy Khazarczycy zmutowali by zwierze nawet do celów militarnych?
Kalamir musiał zbyt długo zwlekać z opuszczeniem obszaru i zwierze w końcu poczuła się zagrożone. Nagle kot ruszył do ataku. Przeskoczył zwinnie z wyższych gałęzi i już znalazł się nieopodal wypatrzonego intruza. Oderwał swoje łapki od gałęzi i zanurkował mierząc pazurami w bark. Padł martwy, gdy w powietrzu rozległy się strzały z automatycznego pistoletu Kalamira.
Wiking podszedł do truchła i obejrzał je raz jeszcze. Odrzucił w krzaki uszkodzony pistolet, który niefartownie zaciął się i prawie wybuchł przez ostatnią pękniętą łuskę.
- No proszę... - zamruczał. - Może to faktycznie jakaś naturalna mutacja.
Ruszył Dalej.

Ps.
Troszkę żal mu było dobrego gnata.



   
Profil PW
 
 
RESET_Twitch   #22 


Poziom: Wakamusha
Stopień: Gunjin
Posty: 23
Płeć: Mężczyzna
Dołączył: 27 Maj 2013

Czas nie był w tej chwili sprzymierzeńcem szamana. Wsparcie musiało zjawić się na miejscu natychmiast, a przedostanie się na drugi koniec miasta nie było takie proste. Tym bardziej, że ulice były zapełnione spanikowanym tłumem szukającym schronienia. Skorzystanie z transformacji także nie było wyjściem, nie wiadomo było czy nie zostały włączone żadne zabezpieczenia i wzbicie się w powietrze mogło stać się bardzo ryzykowne. Przed opuszczeniem budynku straży Twitch raz jeszcze rzucił okiem na mapę. Bingo. Znalazł rozwiązanie, postanowił skorzystać z niesamowicie szybkiego ekspresu kursującego po Sermorze.



Połączenie było wyjątkowo dogodne. Przystanki znajdowały się niezwykle blisko poszczególnych budynków. Po dotarciu na ten znajdujący się przy strażnicy chłopak zauważył kilku żołnierzy pilnujących ekspresu i nie dopuszczających nikogo do niego. Nightwind podbiegł do nich i przekazał rozkaz od głównodowodzącego. Powiedział im, że otrzymali polecenie przetransportowania go pilnie do Elektrowni i osłanianie go po dotarciu na miejsce. Ze względu na cały ten chaos mężczyźni nawet nie próbowali otrzymać z dowództwa potwierdzenia tych rozkazów. Chwilę później pociąg ruszył. Nie wiadomo było czego można się spodziewać po dotarciu na miejsce, ilu przeciwników mogło się tam znajdować i jakiego kalibru. Twitch starał się jednak zachować spokój i sprawdzał swój pistolet. Przez ten cały rozgardiasz nie miał nawet okazji zabrania całego swojego ekwipunku.
W niedługim czasie pociąg dotarł na miejsce. Szaman wraz z towarzyszącymi mu żołnierzami zauważył niesamowitą pustkę na stacji w dziale elektrowni. Zbyt podejrzaną.
   
Profil PW Email
 
 
^Pit   #23 
Komandor


Poziom: Genshu
Stopień: Seikigun Bushou
Posty: 567
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 36
Dołączył: 12 Gru 2008

Chłód poranka powoli mijał. Bryza dzienna oddawała ciepło na ląd, ogrzewając powoli plażę, na której leżałem. Tak bardzo chciało mi się spać. Próbowałem odpędzić się od tego wrażenia na wszelkie możliwe sposoby. Raz, że wylądowałem na obcym i dzikim terenie, dwa – to ta dziewczyna. Mimo prowizorycznego ogrzania jej, miała wychłodzoną skórę. Oddech był, puls także, co jakiś czas mamrotała niezrozumiałe słowa. Co jakiś czas jej ciało przechodził dreszcz. Niepokoiło mnie to, No dobrze, ocknie się i co wtedy? Przydało by się jakieś jedzenie, a przede wszystkim – zapasy wody. Od paru godzin nie miałem nic w ustach i powoli zaczynałem to odczuwać.
Oparłem dziewczynę o najbliższe drzewo – plaża nie była duża a zaraz potem zaczynał się las. Lepiej jej ze sobą nie zabierać, bez uprzedniego zbadania terenu. Jednocześnie nie chciałem też zostawiać tej kobiety bez opieki, na zbyt długo.
Podstawą do poszukiwań stał się porzucony kombinezon do nurkowania i ślady stóp. Były dosyć głębokie, jakby ktoś zamienił płetwy na buty z traktorowymi podeszwami. Żołnierze? Bo nie mógł być to nikt z samolotu. Mimowolnie spojrzałem na horyzont, ale jeśli ktoś się uratował, to tak jak ja, prawdopodobnie był już na wyspie. Jeśli tak, wypadało najpierw zbadać brzeg. Gonienie za uzbrojonymi po zęby wojskowymi w tym stanie nie było by najmądrzejszym posunięciem. Powłócząc nogami, potykając się co krok, powoli przechadzałem się po złotym piasku. Skrajnie wycieńczony, spragniony i głodny rozbitek na nieznanej mu wyspie, we wrogim mu kraju. Wtedy poczułem swąd dymu. Po chwili też coś, jakby pieczony kurczak. Czy to możliwe? W małym wgłębieniu, z dala od linii przypływu, acz wciąż na brzegu wyspy stały dwie skrzynki, resztki z namiotu, niedawno zgaszone palenisko a wokół niego trochę tych „wszystko smakowych produktów żywnościowych”. W jednej ze skrzyń zaś znalazła się mała apteczka, z podstawowymi lekami przeciwbólowymi. Nie może być – takie szczęście? Przecież nikt nie zostawiłby tego wszystkiego „ot tak”. Ślady częściowo zniknęły, ale ktoś tu był. Definitywnie śpieszyli się, skoro pogubili śledzie i zostawili tyle prowiantu. Nawet termos z kawą się tu znalazł. Pod klifem w cieniu, stało parę butelek z wodą. Zapasy jak dla małego oddziału, na kilka dni. Żołnierskie buty, sprzęt do nurkowania, teraz to… jakaś grubsza sprawa wisiała w powietrzu.
Zostawiłem to wszystko i wróciłem po dziewczynę. Drzemała sobie w cieniu, dreszcze ustąpiły, chyba wszystko było dobrze. Wsparłem ją na sobie i podążyłem w stronę porzuconego obozu.

Otworzyłem jedną z butelek. Woda była chłodna i otrzeźwiająca. Podałem jej nieprzytomnej. Od pewnego czasu mamrotała więcej, liczyłem więc, że to ją obudzi. Pierwszy raz zobaczyłem jej oczy. Śliczne niebieskie źrenice, pełne głębi. O, spojrzała na mnie… i od razu znokautowała ciosem w nos.
- Ty… ty! Coś za jeden?! – twardy głos, nieco przeciągły, taki władczy. Nieznajoma wstała, odruchowo zasłaniając się rękoma. Przecież nie była goła, więc to chyba bezwarunkowa rzecz u kobiet.
- Oh! – rzuciła, jakby coś sobie nagle uświadomiła – no tak… samolot się rozbił… jak to się stało, że znaleźliśmy się na wyspie… a ty – spojrzała na mnie – to ty mnie uratowałeś?
„Nie, jestem tu przypadkiem, tak samo wycieńczony jak ty” – aż chciało się tak powiedzieć. Wyciągnęła ku mnie dłoń, pomagając podnieść się z ziemi. Wszelkie obawy o jej stan zdrowia prysły, jak bańka mydlana - była w doskonałej formie. Chwilę czasu zajęło nam odnalezienie się w zaistniałej sytuacji. Posililiśmy się jedzeniem ze skrzyni. Minęło parę minut, które spędziliśmy w absolutnym milczeniu. Nie znałem nawet jej imienia, nie mówiąc o pochodzeniu. Dobrze było od tego zacząć. Zanim jednak zdążyłem, to ona zaczęła
- Dzięki za jedzenie… i za uratowanie mi życia – powiedziała, odwracając wzrok. Ja z kolei wciąż na nią patrzyłem. Czyżbym ją peszył?
- Jestem Kaeru… a ty jak się nazywasz? – zagaiłem. Niebieskooka nagle zerknęła na mnie otępiale i zaczęła chichotać.
-- K… Kaeru? Jak „żaba”? - omal się nie przewróciła od śmiechu. Najbardziej wredna jego odmiana.
- Dobrze się bawisz? – burknąłem. Rozbawiona dziewczyna otarła oczy z łez i, uśmiechając się, zaczęła żywo:
- Jestem Hisana. Miło mi cię poznać – tu zrobiła przerwę – żabciu!
O rety, jeszcze puściła oczko. To będzie trudna współpraca. Złapałem kolejny kęs z żołnierskiego prowiantu, siedząc w milczeniu i tak jakby z urażoną dumą.
- Hej, a ty też jesteś z Khazaru? Jakoś tak nie wyglądasz – Hisana obejrzała mnie ze wszystkich stron. Chyba to jeszcze nie był czas na ujawnienie się. Niemniej, w takiej sytuacji chyba nic nie mogło pójść źle:
- Nie, ja jestem z Sanbetsu.
- Sanbetsu! – krzyknęła przeciągle – ach, to prawda, że macie tam latające samochody i samobieżne rowery?
- Samobież… co? Nic takiego nie mamy.
- No przecież wiem, tak sobie żartuję! – pokazała mi język, podśmiewując się. Definitywnie, miała charakterek. Teraz to ja miałem opuszczony wzrok, ale od westchnięcia się powstrzymałem. Znowu coś brzęczało nad moim uchem. Tylko podniosłem oczy, a ona już była bliżej. Co jest?
- Hej, hej, powiedz… dlaczego mnie uratowałeś z wraku?
- Cóż, jak by to ująć… byłaś w niebezpieczeństwie, cała drżałaś, nie mogłem… znaczy…
- Och, typ Bohatera, co? – zmrużyła oczy. Czyżbym rujnował konwersację?
- Posłuchaj, nie miało wtedy znaczenia kto jest kim, ani jaki ma charakter. Kiedy samolot spada, a ty masz szansę przeżycia, to są dwa modele zachowań: ratujesz siebie i zapominasz o innych. Drugim jest uratowanie kogo się da, nie myśląc o rycerskich wyczynach. A teraz – tu podałem jej pistolet – masz. Tu nie jest bezpiecznie.
- Proszę cię, nie rozśmieszaj mnie – machnęła ręką – to mój kraj i znam go. Nikt z obrony Khazaru nie zaatakuje obywatelki, znaczy mnie…
„No tak, a ja mam przerąbane”.
-… no i jak łaaadnie poprosisz, to może poproszę też o nie atakowanie ciebie.
- Tu nie ma się z czego śmiać kobieto – rzuciłem stanowczo – ślady wojskowych, sprzęt do nurkowania i porzucony obóz na brzegu. Do tego ta żywność może wyglądać, jak z fabryki Khazaru, ale równie dobrze może być to prowiant wojskowy jakiejś innej nacji.
Od dłuższej chwili chodziła mi po głowie myśl, że to jednak Sanbetsu przypuściło atak. Spotkałem się z konserwami, których żarcie smakowało ohydnie, ale było pełne substancji odżywczych. Sporo się zmieniło, więc równie dobrze mogło to być cesarstwo Nag, czy też Babilon.
- No i najważniejsze: czujesz się bezpiecznie w kraju, gdzie na twoim terenie ktoś rozwala samolot pasażerski? Zostaliśmy zestrzeleni, więc choćby to byli i Szamani – weźmy stąd, ile tylko się da.
Hisana pokiwała głową. Była w lekkim szoku i najwyraźniej moje słowa do niej dotarły. Złapała pewniej za rękojeść pistoletu.
- Wiesz jak się tym posługiwać?
- yhm, trochę jeszcze pamiętam z wykładów.
- wykładów?
- jestem studentką. Myślałeś, że Khazar ot tylko dzikusi, odziani w skóry, wchłaniający banany?
Głupio się przyznać, ale tak właśnie myślałem. Przynajmniej do czasu starcia z Kor’Quanem. Na samą myśl o tym rozbolały mnie plecy. Dobrze wiedzieć, że w tym nieprzyjaznym kraju są jeszcze przychylne ci osoby. Dziwne, że jeszcze ona nie zapytała o mój zawód. Może podświadomie domyślała się, z faktu, jak lekko posługuję się bronią. Dla pewności pokazałem jej jeszcze raz, co i jak się robi. Szybko się uczyła.
- To, jaki mamy plan?
Wiedziałem, że coś mi umknęło:
- na początku myślałem o sprawdzeniu, czy ktoś jeszcze nie przeżył. Jest już gdzieś po dziesiątej i jeśli do tego czasu nawet na horyzoncie nic nie widać, to prawdopodobnie nikt nie przeżył.
Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak chłodno i wyrachowanie to powiedziałem. Moja towarzyszka opuściła wzrok
- Miałaś tam kogoś znajomego na pokładzie?
- Wybierałam się z dwiema przyjaciółkami do tego kurortu. Wyprosiłam starego, by dołożył trochę, bo brakowało mi ze stu Kouka. A teraz…
To był odruch. Przycisnąłem ją mocno do piersi, obejmując.
- Nie pozwolę ci się smucić. Rzeczywistość wymaga od nas, byśmy to przetrwali to piekło. Jeśli ktoś będzie chciał cię skrzywdzić, pozna mój gniew.
Zastygliśmy w tej pozie w milczeniu. Kiedy już wypłakała się na mój rękaw, mogliśmy już spokojniej planować dalsze posunięcia.
- Zasadniczo powinniśmy próbować przedostać się w głąb lądu. Musimy unikać spotkań z wojskowymi, jak najbardziej się da. Jeśli będzie to wojownik Khazaru, też musimy być pewni, że nas nie zaatakuje. Nie wiadomo kto jest agresorem – jeśli w ogóle jakiś jest. Musimy znaleźć bezpieczną placówkę. Ja spróbuję skontaktować się ze szta… ambasadą Sanbetsu. Poprosiłbym o jakiś helikopter, czy coś. Wtedy moglibyśmy odstawić cię na bezpieczne miejsce.
- Karu… - zapytała cicho – czy to nowa wojna?
Zawahałem się.
- Nie… prawdopodobnie to akcja pochwycenia jakichś „terrorystów”, agresja ze strony zwolenników chaosu… coś takiego. Można to nazwać wojną… wojną nerwów.
Jako agent przeczuwałem, że chodzi o coś więcej. Przecież nie znalazł by się żaden idiota, który „ot tak dla draki” zestrzeliłby samolot. Być może to nie było nawet zestrzelenie, a pasażerski jumbo po prostu wbił się w jakąś barierę, broniącą dostępu do czegoś. Nie było sensu się nad tym długo zastanawiać – co będzie to będzie.
- Ruszajmy, Hisana. Pamiętaj – liczy się przetrwanie i pozostanie w cieniu.


Mam nadzieję, że wiekszość gra. Jeśli coś ci nie podejdzie Lorgan - pisz na PW.
Ostatnio zmieniony przez Pit 08-08-2010, 21:44, w całości zmieniany 1 raz  
   
Profil PW Email
 
 
»Shiro Kumori   #24 
Agent


Poziom: Keihai
Posty: 58
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 35
Dołączył: 17 Sty 2010
Skąd: Kielce

Gdy tylko Khazarskie wojska oddaliły się od kryjówki Agentek, Shiro wyszła zza drzewa i życząc powodzenia współtowarzyszce ruszyła na północ. W oddali słychać było powietrze przecinane przez śmigła helikopterów, co zdradzało ich pozycję, ale i zagłuszało obecność nieprzyjacielskiej piechoty. Dziewczyna bez pośpiechu przemierzała las wypatrując i nasłuchując patroli. Cały czas szła wzdłuż murów, utrzymując od nich bezpieczną odległość. Po chwili przystanęła, aby obmyślić plan przedostania się do miasta. Z raportów wywiadu wynikało, że przez Sermorę przepływa dość spora rzeka. Trzeba było mieć jedynie nadzieję, na natknięcie się na jakiś cywilny statek. Kolejny etap marszu nie był tak prosty, z każdym metrem zbliżającym Agentkę do rzeki, pojawiało się coraz więcej patroli. Widocznie obrońcy znali słaby punkt Sermory, więc dziewczyna musiała znacznie częściej chować się przed Khazarskimi żołnierzami i helikopterami. Niekiedy było to dość trudne, ale w końcu dotarła do brzegu niewykryta. Ruch morski był wzmożony, więc łatwo było znaleźć odpowiedni statek. Agentce od razu rzucił się w oczy niewielki kontenerowiec zatrzymany i przeszukiwany aktualnie przez wojsko. Statek znajdował się dość blisko brzegu, na którym stała Shiro. Pospiesznie włożyła trzymany w plecaku kombinezon, ustawiła cel beepera na kotwicę i wskoczyła do wody. Nad jej powierzchnią bez przerwy krążyły pojazdy wroga, nie było możliwości, żeby wynurzyć się choć na chwilę. Dopłynęła do łańcucha, gdy ten zaczął się podnosić. Agentka szybko znalazła się na pokładzie, gdzie zdjęła kombinezon i schowała się między kontenerami. Gdy tylko zauważyła skrzynię, wskoczyła do środka wyrzucając za burtę część jej zawartości. Przez niewielki otwór widziała jak statek zatrzymuje się w porcie. Miała nadzieję, że cały transport zostanie przeniesione na brzeg, lecz po trzydziestu minutach kontenerowiec znów ruszył. Shiro wyskoczyła zdenerwowana ze skrzyni i zaczęła nerwowo szukać sposobu aby dostać się na brzeg. Po chwili, spomiędzy kontenerów, wyłoniła się betonowa konstrukcja, pod którą przepływał okręt. Agentka wspięła się na kontenery i w ciągu kilku sekund znalazła się na moście. Nie zdążyła się dokładnie rozejrzeć, gdy zza budynków wyłonił się rozpędzony pociąg. Szybkim sprintem dobiegła do końca mostu i przeskoczyła na stalowy balkon ewakuacyjny pobliskiego budynku. Nim z niego zeskoczyła, zdążyła jeszcze zauważyć, że w całym pociągu znajduje się tylko jedna osoba, do tego trzymająca broń. Od razu narzuciło jej się jedno skojarzenie „szaman”. Niepokój sprawił, że przez całe ciało dziewczyny przebiegły dreszcze. Shiro szybko zeskoczyła z konstrukcji i zmierzyła w stronę celu starając się wyrzucić z pamięci obraz nadczłowieka oraz perspektywę walki z nim. Bieg ciasnymi, zaśmieconymi oraz zapełnionymi kamerami zaułkami był dość męczący, ale po chwili jej oczom ukazały się dwa potężne kominy elektrowni. Podeszła bliżej i schowała się przy pobliskim kontenerze, patrząc na mijające go patrole Khazarshich żołnierzy.
   
Profil PW Email
 
 
^Curse   #25 
Komandor


Poziom: Genshu
Stopień: Shinobi Bushou
Posty: 551
Płeć: Kobieta
Wiek: 38
Dołączyła: 16 Gru 2008
Skąd: Lublin/Warszawa?

Pobiegła cicho, pomiędzy drzewami, na wschód. Pośród liści, mignęła jej kilka razy potężna, kamienna ściana. Zbliżyła się na tyle, by widzieć ją dokładniej, pozostając ukrytą w gęstwinie. Widziała khazarskich żołnierzy stojących na warcie. Szukała słabego punktu, gotowa natychmiast go wykorzystać.
Z kierunku, w którym biegła, usłyszała strzały. Na tyle, na ile było to możliwe, zwiększyła czujność, nie zwalniając przy tym tempa. Kilkadziesiąt metrów dalej, zobaczyła źródło hałasu. Młoda kobieta, stojąca pośród żołnierskich zwłok, zadawała właśnie śmiertelny cios ostatniemu z żyjących przeciwników. Curse przyglądała się temu z niemałą ciekawością, pilnując przy tym, by pozostać niezauważoną.
Chwilę później, kobieta przyklękła i przez moment zamarła z bezruchu. Na oczach Kasumi, obficie krwawiąca rana na ramieniu kobiety zasklepiła się. W głowie sanbetki pojawiła się majacząca słabo nazwa „Babilon”.
Zupełnie zdrowa już i sprawna kobieta, rozejrzała się wokół siebie, po czym przyjrzała się przez krótką chwilę wysokiemu murowi przed sobą. Zrobiła kilka kroków, stając tuż przy nim i zaczęła zwinnie się po nim wspinać.
Teraz to Curse rozejrzała się, nasłuchując przy tym jakichś zbliżających się odgłosów. Nie usłyszawszy nic, odczekała jeszcze chwilę, aż zealotka zniknęła po drugiej stronie muru i postanowiła pójść w jej ślady. Po drodze, przemknęła wzrokiem po martwych khazarczykach, leżących w kałużach własnej krwi.
Nadal uważna, wspięła się po murze. Zrobiła to sprawnie, ale nie tak szybko, jakby mogła. Nie chciała, by zealotka zdała sobie sprawę z jej obecności. Ta sytuacja była dla niej zbyt komfortowa, by ją zaprzepaścić. Nie sądziła, że natrafi na coś, co lepiej odciągnie od niej uwagę.
Będąc na szczycie muru zlokalizowała momentalnie kobietę, która natrafiła na następne przeszkody. Tym razem wyglądało to, na coś bardziej problematycznego. Kasumi cofnęła się na zewnętrzną stronę ściany i szybkim ruchem przesunęła się kilka metrów dalej, gdzie mogła niezauważona zeskoczyć na teren Sermory. Cały czas bacznie obserwowała sytuację zealotki, która znajdowała się na celowniku miejscowego żołnierza.
Nagle, klęcząca kobieta rzuciła w celującego do niej khazarczyka, wcześniej niewidocznym, sztyletem. Curse nie mogła się powstrzymać przed bezgłośnym jęknięciem, kiedy sztylet świsnął metr od celu. Na szczęście zealotka była sprytniejsza, więc pomimo szybkiej reakcji żołnierza, zniknęła gdzieś za rogiem pobliskiego budynku.
Agentka chciała przemknąć się w przeciwnym kierunku, jednak dokładnie z tej strony usłyszała nadbiegającą grupę khazarczyków. Rozpoznała wydawane krótko rozkazy, po których kroki rozproszyły się kilkanaście metrów od niej. Kilkoma susami przeniosła się budynek dalej, skąd nadal mogła kontrolować sytuację. Zealotka poruszała się zwinnie, uciekając przed coraz większą grupą żołnierzy. Byli dobrze zorganizowani i Curse marnie widziała szanse próbującej się im wymknąć kobiety.
Spojrzała na beeper, poszukując Shiro. Druga agentka znajdowała się daleko, a Tora nie chciała ryzykować bezsensownych spacerów po Sermorze. Postanowiła, trzymając się nadal w bezpiecznej odległości, śledzić dalsze poczynania zealotki.
Zabudowania stały się gęste, ale zupełnie nie sprzyjały ukryciu. Spoglądając co jakiś czas na malutki ekranik beepera, przemieszczała się już w kierunku, w którym, według urządzenia, znajdowała się Shiro. Curse uśmiechnęła się pod nosem.
Zealotka skręciła nagle za jeden z dużych budynków, a agentka straciła ją z oczu. Żołnierze pobiegli za nią. Rozejrzawszy się wokół i nie nie zauważywszy żadnych patroli, Kasumi przemknęła pomiędzy drzewami tworzącymi mały skwerek i jej oczom ukazał się ogromny kompleks budowlany. Wyglądał bardziej na rekreacyjny, niż wojskowy, co tłumaczyłoby małe zagęszczenie patroli.
Wiedziała, że wieść o włamaniu się na teren Sermory zealoty, ściągnie w najbliższym czasie w to miejsce więcej khazarskich żołnierzy. Spojrzała z nadzieją na beeper.
   
Profil PW Email
 
 
RESET_Coltis   #26 


Poziom: Wakamusha
Stopień: Gunjin
Posty: 36
Płeć: Mężczyzna
Dołączył: 27 Cze 2014

Coltis pobiegł prosto w kierunku obszaru zajmowanego przez elektrownie. Klucząc między wyładowanymi sekretną zawartością kontenerami znalazł wreszcie bramę prowadzącą do kompleksu energiotwórczych molochów, jednak ta była obstawiona przez strażników. Niewiele się zastanawiając odbiegł w miejsce niewidoczne dla oczu Khazarczyków i bez problemu przeskoczył drucianą siatkę. Pozostało teraz tylko zlokalizować generator. Robota była nadzwyczaj prosta – wystarczyło trzymać się tabliczek z ostrzeżeniami i oznaczeń na budynkach. Elektrownie były w znacznej części zautomatyzowane, toteż pracowników kręciło się tu niewielu. Zealota zręcznie omijał niewielkie grupki specjalistów od napraw mechanicznych. W końcu jego oczom ukazał się generator, który podłączony był do systemów obronnych Sermory. Ogromna konstrukcja wznosiła się na ponad trzydzieści metrów w górę. Jądro generatora otoczone było przez stalowe ramy utrzymujące zbiorniki z substancją chłodzącą, na wypadek przegrzania. Wyglądało na to, że stężenie chemikaliów było dość wysokie. W głowie Coltisa zrodził się już pewien plan. Należało przedrzeć się do stojącej tuż obok stacji kontrolnej.
-Stój, kto idzie! - krzyknął człowiek w szarym ubraniu ochronnym, gdy Babilończyk zbliżał się już do budyneczku, ale został szybko uciszony strzałem z Dragoona. Gdy postać Infulentiusa kroczyła majestatycznie w swoim czarnym płaszczu strażnikom aż zaparło dech w piersiach. Po chwili padli nieprzytomni na ziemię, a zealota opuścił wyciągniętą w ich kierunku dłoń. Przeszukał szybko ciała i użył znalezionej przy jednym z nich karty otwierającej wejście.
- Vox servi quaeso: Pulsus Caeli gere! - zagrzmiał głęboki, zimny jak lód głos Coltisa. Grupa robotników w kitlach i szarych strojach została wbita w ścianę tudzież do niej przygwożdżona na dłuższą chwilę, a w tym czasie człowieczek stojący przy głównym komputerze poczuł na swoim karku lufę Dragoona, ciepłą jeszcze od niedawnego wystrzału.
- Łapy w górę Khazarski psie. Opowiesz mi w skrócie jak wyłączyć generator. Każda sztuczka będzie kosztowała Cię życie.
- Nigdy się nie dowiesz!
Nóż śmignął błyskawicznie i nieposłuszny pracownik uderzył o posadzkę z poderżniętym gardłem. Inny człowiek podnosił się z wielkim trudem, połamany nieco po pneumatycznym uderzeniu. Rewolwer zealoty powędrował niespiesznie w jego stronę.
- Ty. To samo pytanie – krótko wyjaśnił Coltis. Po chwili dowiedział się, że należy wpisać kombinację cyfr. Potwierdził informację przestrzelając kolano informatora i zaprowadził go do konsoli, aby tamten wyłączył proces wytwarzania energii. Na koniec pozbył się niezręcznego narzędzia. I opuścił spokojnie budynek. Miarowe buczenie generatora cichło coraz bardziej. Gdy już ustało Coltis odszedł na odpowiednią odległość i strzelił w jeden zbiornik. Chłodziwo zaczęło zalewać generator. Wskaźnik temperatury, który nosił wcześniej na przegubie ręki pracownik elektrowni wskazywał teraz sporo poniżej 100 stopni. Sebastian uznał, że to wystarczy i przestrzelił po kolei kolejne zbiorniki otaczające generator.
- Tak jak myślałem – uśmiechnął się do siebie. Rozgrzana do czerwoności bryła dająca energię systemom obronnym zmieniała się w jedną wielką kostkę lodu. W środku zostało jeszcze sporo energii, ale uwięziona w silnym związku chemicznym nie miała okazji się wydostać a tym bardziej wybuchnąć. Po prostu wsiąknie w ziemię za jakiś czas. Oczywiście proces prawdopodobnie był odwracalny i generator w parędziesiąt minut mógł zacząć działać z powrotem, jeśli ktoś go włączy. Zealota wiedział co z tym zrobić.
- Vox servi...
Mroźny pył rozprysnął się we wszystkie strony w momencie gdy wewnętrzna konstrukcja maszyny została uszkodzona. Dziura była dość głęboka, jednak niemożliwością było żeby przeszła na wylot. Zanim chemia przestanie działać minie sporo czasu. Jeszcze więcej zajmie rekonstrukcja generatora czy choćby przepięcie do innego źródła. Do tego czasu...
-...Sermora powinna być już zniszczona.
   
Profil PW Email
 
 
*Lorgan   #27 
Administrator
Exceeder


Poziom: Joutei
Stopień: Taichou
Posty: 3209
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 39
Dołączył: 30 Paź 2008
Skąd: Warszawa

Informacje sesyjne

Drugi etap dobiegł końca. Jak zwykle, znakomita większość z Was postanowiła zwlekać do granic możliwości z oddaniem wpisów, przez co przygoda okropnie się wlecze. Z tego powodu muszę skrócić termin oddawania wpisów do dwóch tygodni. Pamiętajcie, że im szybciej będziecie pisać, tym szybciej przygoda potoczy się do przodu (ja również potrzebuję czasu, żeby przygotowywać aktualizacje).
Zasada "im ciekawiej piszecie, tym więcej dostajecie" stale obowiązuje. Ostatnio nie mogłem się z niej wywiązać, ale np. teraz egzekwuję ją już z pełną mocą.
Sam sobie narzuciłem dodatkowo ograniczenie polegające na tym, że up będzie pojawiał się do 7 dni po umieszczeniu na forum ostatniego wpisu gracza. Mam nadzieję, że w ten sposób emocje wzrosną :DD

PS. Zakończenie dla Genkaku pojawi się trochę później, ponieważ został on przeze mnie uwikłany w pewnej nici fabularnej ;)

Z dalszej gry odpadły następujące osoby:
- genkaku

Uwagi do graczy, którzy przetrwali drugi etap:

Shiro – przede wszystkim, nie ruch morski, tylko rzeczny ;) Wpis krótki, ale dosyć treściwy. Mała wpadka z Beeperem, bo nie można zmieniać jego ustawień... przynajmniej bez umiejętności "programowanie".

Curse – porządny, spójny wpis. Nie mam nic do zarzucenia.

Pit – solidny, zagłębiający się w osobiste sprawy wpis. Nie znalazłem większych uchybień.

Kalamir – nie postarałeś się, więc nie mam skrupułów.

Coltis – bardzo dobrze poradziłeś sobie z zadaniem ;)

Twitch – byłoby miło, gdybyś zaczął pisać w sposób odrobinę bardziej rozbudowany. Inaczej dość szybko znajdziesz się w sytuacji Kalamira.

Nagrody otrzymują:
- Shiro Kumori +6 pkt.
- Curse +8 pkt.
- Pit +10 pkt.
- Kalamir +0 pkt.
- Twitch +5 pkt.
- Coltis +10 pkt. +5 道力


Sanbetsu

Shiro Kumori

Khazar, Sermora: dział elektrowni, aktualnie.

Wreszcie znalazłaś się w mieście. Nie marzyłaś nawet o poczuciu bezpieczeństwa, ale przynajmniej żołnierze gdzieś poszli i nie musiałaś się martwić o to, że któryś z nich otworzy ogień w Twoim kierunku. Dobry początek.
Wnętrze kontenera, w którym się schowałaś pełne było sprzętu biurowego. Dzięki światłu wpadającemu do środka przez szparę z niedomkniętej klapy, mogłaś dokładniej przyjrzeć się najbliższemu otoczeniu. Zaintrygowana, złapałaś za róg sporego kalendarza, na którym nadrukowano drogi ewakuacyjne dla personelu jakiejś firmy. Bardzo przydatna rzecz, bo pokazywała z grubsza jak wygląda miasto. Szybko określiłaś, gdzie się znajdujesz i z dużą dozą prawdopodobieństwa zgadłaś, gdzie może znajdować się najbliższe wejście do poszukiwanego laboratorium.
Nerwowo przygryzłaś wargę, kiedy uzmysłowiłaś sobie, że dostanie się tam niezauważoną będzie bardzo trudne, o ile nie niemożliwe. Potrzebowałaś planu, który pozwoliłby Ci ominąć strażników i kamery. Najlepiej, jakiegoś bezpiecznego środka transportu.

Zachowując ostrożność, opuściłaś kontener i rozejrzałaś się po okolicy. Kominy, betonowe budynki, drogi i... drogowskazy. Z uwagą przyjrzałaś się pobliskiej, niebieskiej tablicy informacyjnej.
- Kolej ekspresowa - przeczytałaś na głos.
O ile kursy nie zostały wstrzymane, to mógł być sposób na Twoje problemy. Trzeba było jednak najpierw rozeznać się w sytuacji. Tak ważne miejsce jak dworzec, z pewnością było dobrze chronione.

Instrukcje

Najszybszą drogą do windy nr 1, która przetransportowałaby Cię do podziemnych laboratoriów, była kolej ekspresowa. Na dworcu powinno jednak roić się od strażników, więc:
1) Zwiedzasz okoliczne budynki w celu znalezienia jakiegoś przebrania. Zgrywanie przestraszonego cywila lub innego mieszkańca miasta mogłoby zmylić Khazarczyków.
2) Idziesz w pobliże dworca i starasz się zrobić rekonesans (patrz: wpis dla Twitcha).

Curse

Khazar, Sermora: kompleks kulturalno-rekreacyjny, aktualnie.

Punkcik w beeperze oznaczający Shiro znajdował się od dłuższego czasu w tym samym miejscu. Już chciałaś ruszyć w dalszą drogę, kiedy zwróciłaś uwagę na inną kropkę, która w dość dużym tempie przemieszczała się w kierunku Sermory. Wyglądało na to, że Genkaku wrócił wreszcie do wykonywania zadania. Postanowiłaś się z nim spotkać i rozmówić. Najpierw jednak trzeba było poczekać i zobaczyć, dokąd dokładnie zmierza.
Sięgnęłaś do kieszeni po paczkę papierosów, wyjęłaś jednego i wsunęłaś go między wargi. Świat mógł się walić, ale zawsze powinien być czas na wpuszczenie do płuc dawki tytoniowego dymu.
- Nikogo tutaj nie ma... - Usłyszałaś nad głową.
Szybko podniosłaś wzrok i dostrzegłaś jakiegoś chłopaka stojącego nad krawędzią dachu budynku, przy którym stałaś.
Nie byłaś pewna, ale nieznajomy chyba rozmawiał przez telefon.
- ...wyślijcie mnie do działu elektrowni. Tam przynajmniej coś się dzieje, do cholery! - krzyknął poirytowany. - Co? Nie będę tu sterczał tyle czasu, kiedy ktoś wdziera się do miasta. Na takie zadania wysyłajcie sobie żołnierzy, nie mnie.
Przywarłaś do ściany, żeby uniknął przypadkowego wykrycia i słuchałaś dalej.
- Sprawdzę jeszcze wyspę i jadę do elektrowni. To i tak bez sensu, bo niby skąd przybysze mają wiedzieć, że jest tam dodatkowe wejście do laboratoriów?
Głos w słuchawce tak się podniósł, że nawet mimo odległości zdawało Ci się słyszeć wykrzykiwane polecenia.
- Powiedziałem przecież, że sprawdzę - żachnął się chłopak. - To było tylko moje zdanie...
Po tych słowach cofnął się znad krawędzi i tym samym zniknął Ci z oczu.
Planowałaś znaleźć lepsze miejsce do obserwowania jego poczynań, ale kiedy z dachu wyjechał motocykl, spadł jednym kołem na asfalt niemal pięć metrów niżej i szybko oddalił się w kierunku rzeki, zmieniłaś zdanie.
- Jak na takiego szczyla, nieźle prowadził - przyznałaś ściszonym głosem, zdając sobie jednocześnie sprawę, że w aktualnej formie nie byłabyś w stanie powtórzyć tego wyczynu.

Instrukcje

Masz trzy możliwości:
1) Badasz kompleks kulturalno-rekreacyjny, który jest relatywnie bezpieczny i czekasz aż punkcik oznaczający Genkaku gdzieś się zatrzyma.
2) Podążasz śladami tajemniczego chłopaka (miał na oko 15 lat) i docierasz łodzią wiosłową na wyspę z ogrodem botanicznym.
3) Szukasz sobie środka transportu i udajesz się w kierunku jednej z wind prowadzących do laboratoriów.

Pit

Khazar, dżungla, aktualnie.

Przedostanie się w głąb lądu okazało się znacznie bardziej kłopotliwe, niż przypuszczałeś. Dżungla była gęsta i niebezpieczna. Kolorowe pająki, karykaturalne dzikie ptaki, kolczaste krzewy - wszystko to budziło w Hisanie niepokój i niechęć do dalszej podróży. Na domiar złego nie miałeś doświadczenia w pokonywaniu trudnego terenu i nie mogłeś nawet sprawdzić, czy idziesz we właściwym kierunku.
- Może powinniśmy byli zostać na plaży i zaczekać na pomoc? - jęknęła dziewczyna, kiedy po wielu trudach udało się jej przedostać przez wyjątkowo zarośniętą ścieżkę między dwoma wiekowymi drzewami.
- A co jeśli pomoc by nie nadeszła? Nie zapominaj, że jesteśmy w kompletnej dziczy - pouczyłeś. - Musimy za wszelką cenę dotrzeć do cywilizacji.

Po kilkugodzinnej wędrówce postanowiliście zrobić odpoczynek. Wokół miejsca, w którym się zatrzymaliście, rosły fioletowe owoce wielkości piłki tenisowej. Mimo lekkiego głodu nie próbowałeś ich jeść. To samo na wszelki wypadek poleciłeś towarzyszce, która zgodziła się dopiero po teatralnym wyrażeniu niezadowolenia.
Zbierając siły na dalszą drogę, zorientowałeś się, że ktoś was obserwuje. Z początku było to jedynie niepoparte niczym przeczucie, mrowienie w okolicach kręgosłupa. Im uważniej się rozglądałeś, tym słabsze się wydawało. Ilekroć jednak wzdychałeś z ulgą, coś pojawiało się tuż za krawędzią pola widzenia. "Nie jesteśmy sami", chciałeś powiedzieć, ale pogorszyłoby to tylko sprawę. Hisana zdenerwowałaby się i mogła zacząć zachowywać nieprzewidywalnie - kolejny kłopot na głowie. Postanowiłeś zaczekać na rozwój wypadków. Może podglądacz popełni jakiś błąd i się ujawni? Warto było spróbować.
Po około dwudziestu minutach coś zaczęło się dziać. Szelest w krzakach, odlot spłoszonego ptaka. Nawet dziewczyna wyczuła czyjąś obecność.
- Żabciu, tam w krzakach chyba coś jest - zagadnęła niepewnie, mierząc palcem w stronę liści, które kilka sekund wcześniej groźnie zaszeleściły.
- To jakieś małe zwierze. Jeśli my zostawimy je w spokoju i ono powinno się nami nie zainteresować - uspokoiłeś naprędce wymyślonym tekstem. - Nic nam nie grozi.
- A co, jeśli to jakaś bestia? Może powinniśmy już stąd odejść?
Pomysł miał swoje plusy, jednak za bardzo zainteresował Cię tajemniczy obserwator, żebyś na poważnie wziął go pod uwagę.
- Odpocznijmy jeszcze trochę. Czeka nas bardzo męcząca podróż i możemy już nie mieć okazji na kolejny postój.
Hisana przygryzła wargę.
- To może chociaż sprawdzisz, co jest w tych krzakach? Czułabym się znacznie lepiej wiedząc, że to naprawdę jakiś mały zwierzak...
Kiwnąłeś głową i ostrożnie wszedłeś w gęstwinę. Nie spodziewałeś się spotkać tam kogokolwiek, więc rozczarowania nie było. Żadnych odcisków stóp, połamanych gałązek, zwierząt, ludzi... Pustka. Dla dobrego wrażenia przeszedłeś się trochę dalej, do zeschniętego pnia po jakimś ogromnym drzewie. Oparłeś się o niego i rozejrzałeś. Wciąż nic.
- Zwierzę musiało uciec! - krzyknąłeś w kierunku prowizorycznego obozowiska.
Może rzeczywiście poniosła Cię wyobraźnia? Nie natrafiłeś przecież na żaden ślad czyjejś bytności.
Zaczynałeś powoli oswajać się z tą myślą, kiedy coś niespodziewanie zadyndało Ci przed oczami. Zaskoczenie stało się jeszcze większe, kiedy okazało się, że to klucz zawieszony na czarnej lince. Szybko spojrzałeś w górę, żeby sprawdzić kto go spuścił, jednak była tam tylko lekko rozkołysaną gałąź.
- Kaeru, wracasz? - zawołała Hisana, wyrywając Cię ze stanu podwyższonej czujności.
- Tak... Już idę - odparłeś niepewnie i ponownie rozejrzałeś się po okolicy. - Już... idę...

Ściągnąłeś klucz i linkę z gałęzi, obejrzałeś je pobieżnie, po czym wepchnąłeś do kieszeni i żwawym krokiem wróciłeś do kompanki.
Sytuacja stała się jaśniejsza o dwa fakty. Po pierwsze, intuicja Cię nie zwodziła i faktycznie ktoś Was obserwował. Po drugie, linka na której wisiał tajemniczy klucz była Ci znana z Sanbetańskiej armii - używali jej komandosi. Zacząłeś przez to podejrzewać, że nie jesteś jedynym agentem w dżungli.

- Dziwnie się zachowujesz - stwierdziła po dłuższej obserwacji Hisana.
Postój miał miejsce mniej więcej godzinę temu i od tego czasu rozmyślałeś na temat zdobytego klucza, tym samym nieświadomie ignorując towarzyszkę.
- To nic takiego. Zastanawiam się, co zrobimy dalej - skłamałeś.
- Myślałam, że już to wiesz...
Już miałeś coś odpowiedzieć, kiedy dostrzegłeś w oddali wąską stróżkę dymu.
- Hisana, widzisz to? - Podekscytowany, wskazałeś palcem odkrycie. - Tam muszą być jacyś ludzie!

Ruszyliście żwawo w tamtą stronę, nie bacząc na rośliny przesłaniające drogę. Każde z Was zyskało przez to kilka dodatkowych otarć i skaleczeń, ale przynajmniej szybko dotarliście na miejsce.

- Co to ma być? - zapytała z niedowierzaniem dziewczyna.
Przed Wami rozciągała się niewielka polana, na której środku mieścił się sporych rozmiarów właz otoczony betonową wylewką. Nieopodal niego ktoś rozpalił spore ognisko. W pobliżu nie było żywej duszy.
- Zwabił nas tutaj... - wypaliłeś, zanim zdałeś sobie sprawę, że twoje spostrzeżenie było słyszalne również dla Hisany.
- O czym ty mówisz?
- Ja...

Instrukcje

Zakończ dialog z Hisaną i ustosunkuj się jakoś do odkrycia. W pobliżu nie ma żywej duszy. Ktokolwiek jednak rozpalił ognisko, zrobił to, żeby Was ściągnąć. Jeżeli sprawdzisz, okaże się że klucz, który znalazłeś wcześniej, pasuje do włazu. Wewnątrz znajduje się tunel techniczny systemu klimatyzującego. Masz dwie możliwości działania:
1) Wkraczasz do tunelu (z lub bez dziewczyny) i po długiej wędrówce docierasz do pomieszczenia ze stalowymi ścianami i masą aparatury chemicznej.
2) Błąkasz się z dziewczyną dalej po lesie, aż ostatecznie napotykasz grupkę wrogo nastawionych żołnierzy, których możesz albo zneutralizować, albo przed nimi zbiec.



Nag
Obowiązkowo czytają wszystkie Kalamiry z tego kraju.

Kalamir

Khazar, dżungla otaczająca Sermorę, aktualnie.

Bestia leżała martwa nieopodal Twoich stóp. Z ran na jej ciele sączyła się powoli ciemnogranatowa posoka.
- No proszę... – zamruczałeś. – To może faktycznie naturalna mutacja.
Ostatni raz przyjrzałeś się ciału, po czym udałeś się w dalszą drogę. Lata przeżyte w surowej i niebezpiecznej Kotii skłaniały do nie lekceważenia przyrody oraz jej wypaczeń. Stwór wyglądał bardzo groźnie, niemal czuć było jego siłę, a padł od zaledwie garstki pocisków. Coś było nie tak.

Kiedy zniknąłeś za drzewami, spomiędzy liści jednej z koron wyskoczyła nieznana postać, odbiła się od kilku grubych gałęzi i wylądowała, jednym kolanem dotykając ziemi.
- Rycerzu... – szepnęła do siebie. – Wreszcie się spotykamy...

Instrukcje

Teraz już chyba wiadomo, ze względu na co przydzielane będą w tym Tankyuu walki. Im słabszy wpis, tym większa szansa na konfrontację, która może uniemożliwić dalszy udział w przygodzie.
Twoim przeciwnikiem jest szaman Arn, rywal Mistica z dawnych lat, który od roku służy w zewnętrznym kręgu straży Sermory (i notabene szybko osiągnął tam status lidera). Ponad miesiąc temu dowiedział się o wydarzeniach związanych z Durumbasem i wymyślił sobie, że pokonanie Ciebie zapewniłoby mu status umożliwiający przeniesienie na znacznie lepsze stanowisko. Co prawda, nigdy nie przypuszczał, że spotkacie się tak szybko, ale to tylko utwierdziło go w przekonaniu, że przeznaczenie domaga się od niego utrącenia Twojej głowy. Pisząc walkę weź pod uwagę, że Arn posiada częściowe informacje na temat Twoich mocy i umiejętności.

Powodzenia!



Babilon

Coltis

Khazar, Sermora: dział elektrowni, aktualnie.

Z satysfakcją patrzyłeś, jak odległe o setki metrów mury miasta obracają się w pył pod wpływem potężnego, świetlistego promienia. Wyglądało na to, że Amon Ritz wkroczył do akcji. Nie miałeś dalszych rozkazów, więc postanowiłeś wrócić do niego i udzielić pomocy w niszczeniu heretyckiego gniazda.
Po drodze natknąłeś się na kilku spanikowanych strażników, których strzałami z Dragoona wysłałeś do Krainy Wiecznych Łowów, czy w cokolwiek tam wierzyli. Bez wsparcia ciężkich dział i zautomatyzowanych systemów obronnych, Khazarczycy całkowicie stracili morale. Nawet w sporej przewadze liczebnej myśleli tylko o tym, żeby ujść z życiem. Tchórze.

Wkrótce dotarłeś do swojego zwierzchnika, który z szaleńczym uśmiechem rozkazywał swoim magicznym podwładnym niszczyć kolejne budynki. Słyszałeś już kiedyś o "boskiej armii", jednak to był pierwszy raz, kiedy widziałeś ją na własne oczy. Szeregi trzymetrowych kolosów, rozjarzonych niczym żarówki, paliły nawet beton przy najmniejszym fizycznym kontakcie. Nieśmiertelna siła kontrolowana przez jednego człowieka. Oczywiście istniały sposoby, żeby ją powstrzymać: na przykład dostatecznie silne lasery mogły odpychać magicznych wojowników, a pola siłowe uniemożliwiać ich ruch. Gdybyś nie pozbył się generatora, Khazarczycy wyłapaliby wszystkich w energetyczne klatki.

- Dobrze się spisałeś, Sebastianie - odezwał się do Ciebie Amon, kiedy podszedłeś bliżej.
Wokół Was nie było już żywej duszy. Tylko dymiące zgliszcza tego, co jeszcze niedawno było określane umocnieniami Sermory.
- Nie ma sensu, żebyśmy wszyscy tkwili na przedmieściach - obwieścił po krótkiej pauzie. - Zostanę tutaj, żeby ściągnąć większość nieprzyjacielskich sił, a ty odszukaj Insoolent i idźcie wgłąb. Chcę, żebyście coś dla mnie sprawdzili.
- Co takiego? - zapytałeś zaintrygowany.
- Podobno pod miastem znajdują się jakieś laboratoria. Jeśli to prawda, moje sługi będą miały spory problem z wdarciem się do nich. Pełną moc mają jedynie w promieniach słońca. Gdzie indziej słabną.
- Więc co mam zrobić, jeżeli odnajdę te laboratoria?
- Zniszczyć je, oczywiście. Jesteś bardzo obiecującym zealotą. Nie raz słyszałem już o twoich wyczynach i wierzę, że sobie poradzisz.

Instrukcje

Zadanie jest wyjątkowo klarowne ;) Rozejrzyj się za kimś lub czymś, co może naprowadzić Cię na ślad laboratoriów. Im lepiej się spiszesz, tym ciekawsze perspektywy przed Tobą otworzę.



Khazar

Twitch

Khazar, Sermora: dział elektrowni, aktualnie.

Żołnierze szybko zabezpieczyli dworzec: trzech przycupnęło za betonowymi śmietnikami, skąd zaczęli obserwować północne wyjście, dwóch zaczaiło się po obu stronach wzmacnianych drzwi od południa, a ostatni razem z Tobą kucnął przy neonowej reklamie jakiegoś naturalnego soku spożywczego, rozwinął mapę i pokazał palcem w kilka różnych miejsc.
- To lokacje, z których po raz ostatni kontaktowali się z nami strażnicy działu elektrowni. Poinstruowaliśmy ich, że punkt zbiorczy ustalimy na dworcu, więc lada moment możemy się tu kogoś spodziewać.
Nie miałeś dużego doświadczenia wojskowego, ale mimo tego uznałeś, że "zajęcie" sporego budynku w zaledwie siedem osób nie zapewnia nawet w małym stopniu bezpieczeństwa. Zwłaszcza, że nikt nie miał pojęcia, ilu dokładnie intruzów wdarło się do tej części miasta. Mógł to być nawet dwudziestoosobowy oddział.
- Jeśli nas tutaj zaatakują, mamy marne szanse na obronę – stwierdziłeś po krótkim namyśle.
- Dworzec to jedyna droga ewakuacji. Musimy go utrzymać.
Pokiwałeś ze zrozumieniem głową i rozejrzałeś się po otoczeniu. Twoją uwagę zwróciło kilka obracających się kamer.
- Kilkadziesiąt metrów stąd jest pomieszczenie do monitoringu. Takie czarne drzwi z napisem "ochrona" – objaśnił żołnierz, kiedy zrozumiał czym się interesujesz.
- Przejdę się tam. Może będę w stanie poprawić odrobinę naszą sytuację.

Instrukcje

Znajdujesz się na sporych rozmiarów dworcu, który obstawiacie łącznie w siedem osób. Mission impossible, jak to się mówi. Szczęśliwie składa się jednak, że w budynku zainstalowany jest monitoring i kilka innych rzeczy związanych z ochroną. Może uda Ci się je wykorzystać w taki sposób, żeby utrudnić życie ewentualnym intruzom? Tak czy owak, nie zawadzi spróbować.


Hit dirt, shake tree, split sky, part sea.

Poprawna polszczyzna | Wiedza dla ludu | Odpowiedź na Twoje pytanie
   
Profil PW Email WWW
 
 
RESET_Coltis   #28 


Poziom: Wakamusha
Stopień: Gunjin
Posty: 36
Płeć: Mężczyzna
Dołączył: 27 Cze 2014

Potęga jaką dają najwyższe kręgi wtajemniczenia objawiała się tuż przed oczami Sebastiana. Niesamowita siła, która powodowała, że takie rzeczy jak świetlista armia Szalonego Proroka budziły się do życia, mogła objawić się teoretycznie w każdym człowieku. Oczywiście tego zaszczytu dostąpili jedynie nieliczni. Zealota nie dał po sobie poznać jak wielkie wrażenie wywarła na nim manifestacja jedności w wiedzy z Najwyższym. W jego głowie na nowo rozgorzała wizja czaru, nad którym pracował już od długiego czasu, odkąd tylko szkoła Viento uzyskała dostęp do nowoodkrytego pergaminu z zapisem Mgły Św. Sigismondo. Marzenia trzeba było jednak zepchnąć na dalszy plan. Przed adeptem magii stanęło bowiem zadanie jak najbardziej realne i wymagające dużego wysiłku. Lokalizacja podziemnego laboratorium, którego istnienie było sekretem nim Sermora stanęła otworem przed Babilońskimi apostołami Lumena, nie była łatwą rzeczą. Ale oczywiście kto, jak nie Coltis, miał sobie z tym poradzić. Shina gdzieś zniknęła i nie dawała znaku życia.
- Trudno. Znajdzie się później – mruknął do siebie zealota. Pobiegł prędko między budowlami, starając się opuścić otoczenie elektrowni. Już teraz roiło się wszędzie od wojska. Systemy obronne padły, ale sygnały alarmowe rozbrzmiewały teraz w całej Sermorze. Wyszkolone oddziały już coraz mniej bezładnie przeczesywały teren. Niektóre miały pecha i nadziały się na armię Amona Ritza. Ciała Khazarczyków pożerane przez kroczące naprzód kształty ze światła paliły się na popiół. Wrzask cierpiących zamierał w ich gardłach równie szybko jak się rodził.

Coltis wydostał się wreszcie ze strefy energetycznej i skierował się w kierunku mostu łączącego dwie połówki miasta. Po drugiej stronie rzeki z lewej widać było pokaźnych rozmiarów przystań, na której ruch był wstrzymany. Tylko niewielkie łodzie patrolowe pływały w tę i z powrotem, na wypadek gdyby atakujący próbowali się przedrzeć na niestrzeżonym zazwyczaj odcinku. Po prawej stronie przejścia widać było w oddali budynki, prawdopodobnie mieszkalne. Panowało tam wielkie zamieszanie. Służby porządkowe i wojskowe próbowały zaprowadzić ład i pokierować paniką szerzącą się wśród cywili.
- Jak bydło – z pogardą zauważył zealota. Poprawił swój płaszcz i śmiało ruszył, nie zauważony jak dotąd przez nikogo. Nagle z naprzeciwka wyszedł niewielki oddział. Żołnierze byli oczywiście uprzedzeni o obecności intruzów, mimo to zaskoczył ich widok spokojnie zmierzającego w ich stronę człowieka w czerni, mierzącego ich zimnym jak lód wzrokiem. Dłonie miał ukryte w kieszeniach spodni i nonszelancko posuwał się naprzód, a jego usta poruszały się w rytm inkantacji, której nie dało się jeszcze dosłyszeć. Karabiny uniosły się do strzału. Dowódca wachał się chwilę, zanim wydał rozkaz. Pięść zealoty świsnęła w powietrzu uderzając punkt na wysokości klatki piersiowej najwyższego rangą przeciwnika. Chwilę później czwórka Khazarczyków poczuła niesamowicie mocne uderzenie, które wyrwało im broń z rąk i pozbawiło ziemi pod stopami. Następny gest górującego nad wojskowymi Babilończyka pozbawił życia dwóch z nich. Strzały z rewolweru były na tyle potężne, że rozerwały czaszki chronione hełmami. Mały dystans odbił się znacząco na niszczącej sile pocisków. Oficer Khazarskiej służby wojskowej podnosił się już z ziemi i długim susem chciał dopaść swojej broni. Coltis wyrwał mu powietrze z płuc i stał tak przez chwilę rozkoszując się przepływającym przez palce oddechem swojej ofiary. W tym czasie pozostały żołnierz chwycił swój karabin i wystrzelił. Zealota, zbyt pewny siebie, nie spodziewał się ataku. Prawy rękaw został rozdarty niemal na całej długości przez lecący z olbrzymią prędkością pocisk. Na twarzy Sebastiana zagościło zaskoczenie, które zaraz ustąpiło pogardliwemu grymasowi.
- Jak śmiesz podnosić rękę na sługę Lumena – wycedził przez zęby surowym tonem. Przeniósł zaklęcie na napastnika, jednak zaraz musiał uciec przed kolejnymi wystrzałami. Wcale nie były one przypadkowe. Pomimo braku tchu wyszkolony przeciwnik dokładnie celował i nie dawał zatrzymać się choćby na chwilę. Tylko swojej szybkości Coltis zawdzięczał to, że jeszcze żyje. Dowódca oddziału zdołał wydobyć z kabury pistolet. Zaczynało robić się gorąco. Parę strzałów z Dragoona sprawiło, że oficer musiał schować się szybko za budynkiem, zza którego wyszedł ze swoim oddziałem, jednak jego kolega nie przestawał pruć z karabinu.
- Ty... Khazarska... kupo... gnoju! - z wysiłkiem wypluwał słowa zealota starając się zmniejszyć dystans i uczynić broń bezużyteczną. W końcu wybrał moment i długim susem rzucił się na wroga. Żołnierz nacisnął spust i puścił serię. Lufa poderwała się gwałtownie do góry w momencie, gdy z rozciętego gardła Khazarczyka zaczęła lać się struga czerwieni. Sebastian uniósł przed oczy śliską, czerwoną dłoń i potarł kciukiem o opuszki palców, a te wydały nieprzyjemny zgrzyt, niczym tarcie nożem o osełkę. Płaszcz zwisał w strzępach po prawej stronie ciała, a z ramienia pomału sączyła się krew. Parę kul z karabinu utkwiło w kończynie. W tym momencie ostatni przeciwnik wyjrzał zza węgła. Dostał kulę w czoło.
- Cholera jasna. Nie sądziłem, że takie psy odważą się mnie pokąsać.
Nagle dał się słyszeć stłumiony szloch. Coltis zajrzał ostrożnie tam skąd dochodził odgłos, ubezpieczając się rewolwerem. Tuż za rogiem za jakąś skrzynią na śmieci siedział skulony człowiek, prawdopodobnie eskortowany przez wysłanych właśnie na tamten świat ludzi.
- Cywil? - zdziwił się zealota.
- P-proszę cię, nie zabijaj mnie!
- Jeśli dasz mi powód... – stwierdził Sebastian przeładowując z trudem Dragoona.
- Błagam! Powiem ci wszystko co zechcesz, tylko mnie oszczędź! - łkał zwinięty w kłębek facet w zielonym swetrze.
- Co takiego mógłbyś wiedzieć, żeby mi się miało przydać?
- Powiem wszystko o co zapytasz!
- Mam tylko JEDNO pytanie: gdzie jest wejście do laboratoriów?
- Tylko nie to – rozryczał się na nowo facet - wiedziałem, że o to zapytasz! Równie dobrze możesz mnie teraz zabić. Moja kariera będzie skończona, nie mówiąc o tym, że pewnie i tak stanę przed sądem wojennym!
- Masz rację – przyznał Coltis i wycelował Dragoona beksie w głowę. Powoli zaczął naciskać spust. Nagle człowieczek w kącie zerwał się jak oparzony i zaczął krzyczeć.
- Nie, błagam! Nie!
- A więc jednak chcesz pożyć, śmieciu - zauważył Infulentius z pogardliwym uśmieszkiem na twarzy - Zawrzyjmy układ. Jeszcze cię nie zabiję. Wskażesz mi drogę i sposób dostania się do laboratoriów. Kto wie, może jeszcze zdołasz się nawrócić i jeśli nam się uda, pożegnasz się z Sermorą na dobre. Co ty na to?
- Zrobię wszystko – przełknął głośno facet w swetrze.
- Módl się żebyś był w stanie... I jeszcze jedno: kim ty u licha jesteś?
- Rufus Scarwright, naukowiec, bioinżynier.
Coltis uśmiechnął się pod nosem do swojego szczęścia.
- Trzeba było tak od razu.
Ostatnio zmieniony przez RESET_Coltis 22-09-2010, 12:49, w całości zmieniany 2 razy  
   
Profil PW Email
 
 
^Pit   #29 
Komandor


Poziom: Genshu
Stopień: Seikigun Bushou
Posty: 567
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 36
Dołączył: 12 Gru 2008

- Ja…
- Ty coś wiesz! – podeszła bliżej, grożąc mi palcem. Zacięta mina i stanowczy wzrok miały mi uświadomić, że skrywanie tajemnic nie ma sensu. Kto wie, to była silna dziewczyna.
- A o co... konkretnie ci chodzi? - zapytałem głupkowato, tak samo też się uśmiechając.
- No wiesz, szaraczkiem to ty nie jesteś. Wiesz dużo o broni, o konserwach, wiesz jak się przemieszczać…
„Ta jasne, w dżungli ze dwa razy zgubiłem drogę”. Było to miłe, że uważała mnie za takiego profesjonalistę, którym wcale nie byłem. Czyżby odkryła kim jestem?
- Musisz być myśliwym, albo coś w ten deseń. – rzuciła, trzymając teraz palec przy ustach, kierując wzrok gdzieś do góry. Naprawdę tak myślała? Może przeliczyłem się, uważając ją za super bystrą?
- N… naprawdę tak uważasz? – zapytałem niepewnie.
- Nie, tak tylko sobie głośno rozmyślam, chyba nie wziąłeś tego na poważnie? – uśmiechnęła się słodko, przekrzywiając głowę. Ona miała chyba twardsze nerwy niż niejeden żołnierz… choć mogło to wynikać z innych rzeczy. Zmieniła temat:
- Zresztą to jest nieważne. Mówiłeś wcześniej, że ktoś nas śledzi. Ktoś, albo coś.
- Zdecydowanie człowiek. Zwierzę nie mogło by rozpalić ognia.
- Och, no wiesz. Są jeszcze szamani, może któryś się zamienił w wilka albo coś takiego…
Albo w dwumetrowego niedźwiedzia, łamiącego żebra*. Niemniej ten, kto dał mi klucz, był najprawdopodobniej z Sanbetsu. Rozejrzałem się po raz kolejny. Hisana wytrąciła mnie z „trybu ostrożności”.
- Co tam masz?
Zorientowałem się, że ściskam w dłoni klucz.
- Chyba nie ma sensu dłużej tego skrywać… Hisana! – rzuciłem jej przyjacielskie spojrzenie. Zdziwiła się, a na jej policzkach zagościł rumieniec. Chyba nie zrozumiała tego w jakiś pokrętny sposób? Chciałem jej tylko powiedzieć o prawdopodobnym pochodzeniu tajemniczej postaci, nie wyznać miłość. Odetchnęła głęboko po moim monologu, co tylko potwierdziło to, że spodziewała się czegoś „poważnego”.
- Jeśli to jakiś twój sojusznik, to czemu się tak czai?
Dobre pytanie. Śledził nas jakąś godzinę-dwie, kiedy tylko się oddaliłem, podrzucił mi ten klucz. Dotarło też do mnie, że agentem to chyba jestem marnym skoro tak łatwo go „zdradziłem” cywilowi. Ale jeśli Hisana była by czymś w rodzaju szpiega…
- Cholerne chaszcze! – rzuciła pod nosem, otrzepując się z lepkich liści i rzepów na jej spodniach.
… tak… gdyby była, to chyba dobrze się maskowała.
- Nie siedźmy tu tak, ten twój krajan może nie ma dobrych zamiarów. Może upolujesz coś do jedzenia, czy jak. Mogłam wziąć jakąś puszkę… woda się kończy… eech!
Słuchałem jej jednym uchem. Wpatrywałem się w ten mały, metalowy klucz, który dosłownie „spadł mi z nieba”. Obejrzałem go ze wszystkich stron. Mały, z ząbkami, jakimś wyżłobieniem. Żadnych znaków firmowych, producenta czy napisu. Podszedłem do włazu.
- Chyba o to mu chodziło…
Kluczyk pasował do dziurki klapy. Przekręciłem parę razy i zawiasy puściły. Na dole znajdował się system wentylacji. Przynajmniej tak to wyglądało. Schodząc po metalowych Prętkach krótkiej drabiny mogłem przyjrzeć się tunelowi. Był dosyć długi.
- Kaeru, to niebezpieczne? – zagryzała wargi, trzymając dłoń przy ustach. Stojąc na dole czuło się silny przewiew.
- To chyba tunel techniczny – rzuciłem z dołu – jest na tyle duży, że można normalnie iść. Poczekaj tu, ja to spra…
W tym momencie Hisana wyglądała rozczulająco. Skulona, ręce złączone, dłonie zaciśnięte w pięści, zakrywające dolną część twarzy. Oczy rozszerzyły jej się wielokrotnie ukazując lśniące źrenice. Migotały, niczym gwiazdy. Po rzęsie spływała łezka. I wtedy do mnie dotarło; przecież obiecałem jej, że będę ją chronił. Jak mógłbym tak po prostu zostawić dziewczynę samą, w wielkiej dżungli, pełnej niebezpieczeństw?
- Chodź ze mną – objąłem ją ramieniem, stojąc na drabince – i trzymaj się blisko. Nie zostawię cię samej, choćbym miał paść trupem.
„Chociaż w sumie, gdybym ja miał umrzeć, to ona powinna uciekać”. Pomyślałem tak, ale wahałem się z powiedzeniem tego na głos. Zdawała się być silna psychicznie, ale straszenie jej, że można zginąć, było niepotrzebne. Zamknąłem właz od środka, jednocześnie szukając jakiegoś źródła światła. Gdzieś przy pasku powinienem był mieć latarkę. Wciąż się trzymała, przetrwawszy nawet długie chwile w morskiej wodzie. Działała bez zarzutu, toteż nie błądziliśmy po omacku.
Błądzenie – to było dobre określenie. Szyb był niemiłosiernie długi i gdyby nie podmuchy wiatru co jakiś czas, mogli byśmy paść ze zmęczenia, przegrzania organizmu czy innych tego typu rzeczy. Zwłaszcza Hisana, która jeszcze parę godzin temu majaczyła w gorączce a potem przedarła się ze mną przez dżunglę. Wsparła się na moim ramieniu, dawała sobie dzielnie radę. Wciąż patrzyła przed siebie. I tak patrząc nań w cichym zdumieniu, słuchając jej bicia serca, zdecydowałem:
- Trzymaj – rzekłem, dając jej do ręki latarkę. Burknęła coś ze zdziwieniem po czym wydała z siebie krótki krzyk.
- Co robisz, ty zbocze… - wziąłem dziewczynę na ręce.
-Nadal nie widać końca. Jeśli mam cię chronić, to całkowicie. Nie musisz się przemęczać, skoro ja tu jestem
Zabrzmiało to, jakbym był jakimś cholernym macho. Hisana przez moment zastygła w niemym szoku, po czym uśmiechnęła się ciepło, zmrużając oczy.
- No tak… w końcu ocaliłeś mnie tam w samolocie, nie pozwoliłeś mi utonąć, umrzeć z wycieńczenia na wyspie… mój osobisty rycerz…
- Tam rycerz… co ja, Nag? Każdy porządny chłopak by tak postąpił…
Po parunastu minutach spokojnego marszu u wylotu systemu zaczęło migotać światło. Postawiłem towarzyszkę z powrotem na ziemi. Wyjąłem pistolet, w końcu wszystkiego należało oczekiwać.
- Hisana - rzuciłem bez oglądania się na nią - jak zrobi się gorąco... a mi się coś stanie...
- Nie mów tak! - skwitowała szybko. Przekrzywiłem lekko głowę w jej stronę a ona dodała - po tym wszystkim co razem przeżyliśmy, nie waż mi się umierać!
Kiwnąłem głową, lekko uśmiechając się. "Nie waż się umierać", kim ona jest naprawdę? Bezbronną owieczką, czy generałem? Poczułem się pewniej a serce zabiło mocniej i szybciej.
Im byliśmy bliżej, tym bardziej słyszalne stawały się mechaniczne odgłosy. Tunel kończył się kratką. Ustąpiła łatwo po kopnięciu. Pomieszczenie w którym teraz byliśmy ze wszystkich stron zabudowane było metalowymi ścianami. Gdzieś obok nas pracowała jakaś pompa, gdzie indziej przepływał jakiś płyn, przezroczyste zbiorniki, rurki…
- Co to jest? Laboratorium?



* Tak, chodziło o Kor'Quana. Porównanie go do niedźwiedzia, łamiącego żebra była swego rodzaju metaforą i nie można brać tego dosłownie, o! xD

Wydaje się, że wpisowi trochę brakuje dynamiki. Tak naprawdę całe to tłumaczenie sytuacji dzieje się dosyć szybko. Od pogaduszek do otworzenia włazu mija jednak te 5-6 minut, co można wziąć za sporą nieostrożność ze strony Araraiou, aaale... xD
Ostatnio zmieniony przez Pit 22-09-2010, 02:18, w całości zmieniany 3 razy  
   
Profil PW Email
 
 
»Shiro Kumori   #30 
Agent


Poziom: Keihai
Posty: 58
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 35
Dołączył: 17 Sty 2010
Skąd: Kielce

Agentka włożyła oderwaną od kalendarza mapę do kieszeni i ruszyła w stronę torów, po których niedawno uciekała. Gdy szła wąską uliczką między blokami, przez otwarte drzwi jednego z nich wypadł młody chłopak. Miał około piętnastu lat i trzymając się za nogę z trudem usiadł przy ścianie po przeciwnej stronie. Shiro podeszła do niego, ale zanim zdążyła się odezwać, smarkacz wstał bez problemu i wyciągnął nóż. W tym czasie przez wyjście wybiegli kolejni. Trzech, tym razem starszych mężczyzn, z czego jeden uzbrojony w stary pistolet. Wyglądał na przywódcę gangu. Zdążyłaby uciec jeszcze zanim ostatni z nich opuścił budynek, ale nie potrzebowała pościgu i zwracania na siebie uwagi wojska. Szef grupy, odezwał się chrapliwym głosem:
- Nie uczyli cie, paniusiu, że niebezpiecznie się tak szlajać?
Shiro nie miała ochoty, ani czasu na rozmowę. Nim napastnicy zdążyli się obejrzeć, błękitny błysk wybił ich szefowi broń z ręki. Wszyscy zerknęli na przebity sztyletem pistolet. Gdy odwrócili się z powrotem, na środku nie było nikogo. Patrzyli na siebie z przerażeniem, kiedy za ich szefem pojawiła się smukła, biała sylwetka. Widzieli również zakrwawione ostrze wystające z jego klatki piersiowej, które zniknęło razem z dziewczyną. Kolejne obrazy jakie widzieli, to chaotyczne slajdy alejek, którymi próbowali uciec. Po kilku sekundach wszyscy byli martwi. Shiro z niemałym trudem ukryła zwłoki za kontenerem oraz wyciągnęła ostrze utkwione w pistolecie. Weszła do bloku, z którego wybiegli rabusie i zobaczyła starą, zniszczoną klatkę schodową, pomazane ściany oraz brudnego, młodego mężczyznę ze strzykawką w dłoni, siedzącego w kącie. Budynek wyglądał na melinę wyrzutków społeczeństwa, którzy na szczęście nie pałają miłością do władzy, o czym świadczyły liczne, pomysłowe napisy na ścianach. Miała tylko nadzieję znaleźć jakieś względnie czyste i niezniszczone ubranie. Blok był niemal pusty, znajdowało się w nim nie więcej niż pięć osób, które udawały, że nie widzą Agentki, ze specjalnie wyeksponowanym pistoletem. Po przeszukaniu kilku pokoi w plecaku znalazły się całkiem czyste spodnie, bluzka i płaszcz. Dziewczyna przed wyjściem związała ręce jednemu z ćpunów i wyprowadziła go z budynku udając aresztowanie. Na zewnątrz obezwładniła go ciosem w potylicę i położyła obok martwych napastników. W tym samym miejscu schowała plecak, zaraz po przerabianiu się i ukryciu broni w kieszeniach.

Shiro podeszła do głównego, północnego wejścia na stację. Wpadła do środka, jeden z trzech żołnierzy podszedł do niej powoli, gdy pozostali dwaj celowali z karabinów. Kątem oka dojrzała jeszcze jednego stojącego pod neonowym szyldem. Zapytała, starając się udawać strach.
- Ostatni pociąg już odjechał?
- Tak, przecież były ogłoszenia o ewakuacji.
- Ale ja muszę się stąd wydostać –
panika w głosie Agentki była coraz sztuczniejsza
- Nie mamy nawet ludzi, żeby obronić stację, a co dopiero eskortować jednego cywila. Spadaj stąd.
- Ale...
- spojrzenie żołnierza wyraźnie mówiło, że nie ma ochoty na dalszą konwersację.
Shiro wyszła z opuszczoną głową, gdzie ukryła się w niewielkiej uliczce i zaczęła obmyślać plan.
- Cholera, ten pieprzony Szaman z pociągu na pewno tam jest...

Tak, wiem, strasznie naciągane...
Ostatnio zmieniony przez Shiro Kumori 22-09-2010, 12:13, w całości zmieniany 1 raz  
   
Profil PW Email
 
 

Temat zablokowany  Dodaj temat do ulubionych



Strona wygenerowana w 0.07 sekundy. Zapytań do SQL: 12