|
[Tankyuu] Sekretna wojna |
| Autor |
Wiadomość |
^Kalamir


Poziom: Ikkitousen
Stopień: Chuunin
Wiek: 22 Dołączył/a 563 dni temu Posty: 216 Skąd: Warszawa
|
Wysłany: 2010-07-27, 13:40
|
|
Kalamir przyjrzał się drapieżnemu kociakowi by porządnie się nad nim zastanowić. Nie przypominał sobie by tu występowały takie koty. Nie przypominał sobie by w ogóle takie koty występowały gdziekolwiek. Natychmiast wykluczył genetyczna mutację na drodze ewolucji. To musiała być ręka człowieka, która pozostawiła swój ślad w przyrodzie. Ale, czy Khazarczycy zmutowali by zwierze nawet do celów militarnych?
Kalamir musiał zbyt długo zwlekać z opuszczeniem obszaru i zwierze w końcu poczuła się zagrożone. Nagle kot ruszył do ataku. Przeskoczył zwinnie z wyższych gałęzi i już znalazł się nieopodal wypatrzonego intruza. Oderwał swoje łapki od gałęzi i zanurkował mierząc pazurami w bark. Padł martwy, gdy w powietrzu rozległy się strzały z automatycznego pistoletu Kalamira.
Wiking podszedł do truchła i obejrzał je raz jeszcze. Odrzucił w krzaki uszkodzony pistolet, który niefartownie zaciął się i prawie wybuchł przez ostatnią pękniętą łuskę.
- No proszę... - zamruczał. - Może to faktycznie jakaś naturalna mutacja.
Ruszył Dalej.
Ps.
Troszkę żal mu było dobrego gnata. |
女神の聖闘士 |
|
|
|
 |
»Augai


Poziom: Wakamusha
Stopień: Jizamurai
Wiek: 21 Dołączył/a 487 dni temu Posty: 98
|
Wysłany: 2010-08-08, 15:48
|
|
Czas nie był w tej chwili sprzymierzeńcem szamana. Wsparcie musiało zjawić się na miejscu natychmiast, a przedostanie się na drugi koniec miasta nie było takie proste. Tym bardziej, że ulice były zapełnione spanikowanym tłumem szukającym schronienia. Skorzystanie z transformacji także nie było wyjściem, nie wiadomo było czy nie zostały włączone żadne zabezpieczenia i wzbicie się w powietrze mogło stać się bardzo ryzykowne. Przed opuszczeniem budynku straży Augai raz jeszcze rzucił okiem na mapę. Bingo. Znalazł rozwiązanie, postanowił skorzystać z niesamowicie szybkiego ekspresu kursującego po Sermorze.
Połączenie było wyjątkowo dogodne. Przystanki znajdowały się niezwykle blisko poszczególnych budynków. Po dotarciu na ten znajdujący się przy strażnicy chłopak zauważył kilku żołnierzy pilnujących ekspresu i nie dopuszczających nikogo do niego. Nightwind podbiegł do nich i przekazał rozkaz od głównodowodzącego. Powiedział im, że otrzymali polecenie przetransportowania go pilnie do Elektrowni i osłanianie go po dotarciu na miejsce. Ze względu na cały ten chaos mężczyźni nawet nie próbowali otrzymać z dowództwa potwierdzenia tych rozkazów. Chwilę później pociąg ruszył. Nie wiadomo było czego można się spodziewać po dotarciu na miejsce, ilu przeciwników mogło się tam znajdować i jakiego kalibru. Augai starał się jednak zachować spokój i sprawdzał swój pistolet. Przez ten cały rozgardiasz nie miał nawet okazji zabrania całego swojego ekwipunku.
W niedługim czasie pociąg dotarł na miejsce. Szaman wraz z towarzyszącymi mu żołnierzami zauważył niesamowitą pustkę na stacji w dziale elektrowni. Zbyt podejrzaną. |
"No somos tan malos como se dice..."
"Nie jesteśmy tacy źli jak się o nas mówi..." |
|
|
|
 |
»Pit


Poziom: Keihai
Wiek: 20 Dołączył/a 634 dni temu Posty: 31
|
Wysłany: 2010-08-08, 21:43
|
|
Chłód poranka powoli mijał. Bryza dzienna oddawała ciepło na ląd, ogrzewając powoli plażę, na której leżałem. Tak bardzo chciało mi się spać. Próbowałem odpędzić się od tego wrażenia na wszelkie możliwe sposoby. Raz, że wylądowałem na obcym i dzikim terenie, dwa – to ta dziewczyna. Mimo prowizorycznego ogrzania jej, miała wychłodzoną skórę. Oddech był, puls także, co jakiś czas mamrotała niezrozumiałe słowa. Co jakiś czas jej ciało przechodził dreszcz. Niepokoiło mnie to, No dobrze, ocknie się i co wtedy? Przydało by się jakieś jedzenie, a przede wszystkim – zapasy wody. Od paru godzin nie miałem nic w ustach i powoli zaczynałem to odczuwać.
Oparłem dziewczynę o najbliższe drzewo – plaża nie była duża a zaraz potem zaczynał się las. Lepiej jej ze sobą nie zabierać, bez uprzedniego zbadania terenu. Jednocześnie nie chciałem też zostawiać tej kobiety bez opieki, na zbyt długo.
Podstawą do poszukiwań stał się porzucony kombinezon do nurkowania i ślady stóp. Były dosyć głębokie, jakby ktoś zamienił płetwy na buty z traktorowymi podeszwami. Żołnierze? Bo nie mógł być to nikt z samolotu. Mimowolnie spojrzałem na horyzont, ale jeśli ktoś się uratował, to tak jak ja, prawdopodobnie był już na wyspie. Jeśli tak, wypadało najpierw zbadać brzeg. Gonienie za uzbrojonymi po zęby wojskowymi w tym stanie nie było by najmądrzejszym posunięciem. Powłócząc nogami, potykając się co krok, powoli przechadzałem się po złotym piasku. Skrajnie wycieńczony, spragniony i głodny rozbitek na nieznanej mu wyspie, we wrogim mu kraju. Wtedy poczułem swąd dymu. Po chwili też coś, jakby pieczony kurczak. Czy to możliwe? W małym wgłębieniu, z dala od linii przypływu, acz wciąż na brzegu wyspy stały dwie skrzynki, resztki z namiotu, niedawno zgaszone palenisko a wokół niego trochę tych „wszystko smakowych produktów żywnościowych”. W jednej ze skrzyń zaś znalazła się mała apteczka, z podstawowymi lekami przeciwbólowymi. Nie może być – takie szczęście? Przecież nikt nie zostawiłby tego wszystkiego „ot tak”. Ślady częściowo zniknęły, ale ktoś tu był. Definitywnie śpieszyli się, skoro pogubili śledzie i zostawili tyle prowiantu. Nawet termos z kawą się tu znalazł. Pod klifem w cieniu, stało parę butelek z wodą. Zapasy jak dla małego oddziału, na kilka dni. Żołnierskie buty, sprzęt do nurkowania, teraz to… jakaś grubsza sprawa wisiała w powietrzu.
Zostawiłem to wszystko i wróciłem po dziewczynę. Drzemała sobie w cieniu, dreszcze ustąpiły, chyba wszystko było dobrze. Wsparłem ją na sobie i podążyłem w stronę porzuconego obozu.
Otworzyłem jedną z butelek. Woda była chłodna i otrzeźwiająca. Podałem jej nieprzytomnej. Od pewnego czasu mamrotała więcej, liczyłem więc, że to ją obudzi. Pierwszy raz zobaczyłem jej oczy. Śliczne niebieskie źrenice, pełne głębi. O, spojrzała na mnie… i od razu znokautowała ciosem w nos.
- Ty… ty! Coś za jeden?! – twardy głos, nieco przeciągły, taki władczy. Nieznajoma wstała, odruchowo zasłaniając się rękoma. Przecież nie była goła, więc to chyba bezwarunkowa rzecz u kobiet.
- Oh! – rzuciła, jakby coś sobie nagle uświadomiła – no tak… samolot się rozbił… jak to się stało, że znaleźliśmy się na wyspie… a ty – spojrzała na mnie – to ty mnie uratowałeś?
„Nie, jestem tu przypadkiem, tak samo wycieńczony jak ty” – aż chciało się tak powiedzieć. Wyciągnęła ku mnie dłoń, pomagając podnieść się z ziemi. Wszelkie obawy o jej stan zdrowia prysły, jak bańka mydlana - była w doskonałej formie. Chwilę czasu zajęło nam odnalezienie się w zaistniałej sytuacji. Posililiśmy się jedzeniem ze skrzyni. Minęło parę minut, które spędziliśmy w absolutnym milczeniu. Nie znałem nawet jej imienia, nie mówiąc o pochodzeniu. Dobrze było od tego zacząć. Zanim jednak zdążyłem, to ona zaczęła
- Dzięki za jedzenie… i za uratowanie mi życia – powiedziała, odwracając wzrok. Ja z kolei wciąż na nią patrzyłem. Czyżbym ją peszył?
- Jestem Kaeru… a ty jak się nazywasz? – zagaiłem. Niebieskooka nagle zerknęła na mnie otępiale i zaczęła chichotać.
-- K… Kaeru? Jak „żaba”? - omal się nie przewróciła od śmiechu. Najbardziej wredna jego odmiana.
- Dobrze się bawisz? – burknąłem. Rozbawiona dziewczyna otarła oczy z łez i, uśmiechając się, zaczęła żywo:
- Jestem Hisana. Miło mi cię poznać – tu zrobiła przerwę – żabciu!
O rety, jeszcze puściła oczko. To będzie trudna współpraca. Złapałem kolejny kęs z żołnierskiego prowiantu, siedząc w milczeniu i tak jakby z urażoną dumą.
- Hej, a ty też jesteś z Khazaru? Jakoś tak nie wyglądasz – Hisana obejrzała mnie ze wszystkich stron. Chyba to jeszcze nie był czas na ujawnienie się. Niemniej, w takiej sytuacji chyba nic nie mogło pójść źle:
- Nie, ja jestem z Sanbetsu.
- Sanbetsu! – krzyknęła przeciągle – ach, to prawda, że macie tam latające samochody i samobieżne rowery?
- Samobież… co? Nic takiego nie mamy.
- No przecież wiem, tak sobie żartuję! – pokazała mi język, podśmiewując się. Definitywnie, miała charakterek. Teraz to ja miałem opuszczony wzrok, ale od westchnięcia się powstrzymałem. Znowu coś brzęczało nad moim uchem. Tylko podniosłem oczy, a ona już była bliżej. Co jest?
- Hej, hej, powiedz… dlaczego mnie uratowałeś z wraku?
- Cóż, jak by to ująć… byłaś w niebezpieczeństwie, cała drżałaś, nie mogłem… znaczy…
- Och, typ Bohatera, co? – zmrużyła oczy. Czyżbym rujnował konwersację?
- Posłuchaj, nie miało wtedy znaczenia kto jest kim, ani jaki ma charakter. Kiedy samolot spada, a ty masz szansę przeżycia, to są dwa modele zachowań: ratujesz siebie i zapominasz o innych. Drugim jest uratowanie kogo się da, nie myśląc o rycerskich wyczynach. A teraz – tu podałem jej pistolet – masz. Tu nie jest bezpiecznie.
- Proszę cię, nie rozśmieszaj mnie – machnęła ręką – to mój kraj i znam go. Nikt z obrony Khazaru nie zaatakuje obywatelki, znaczy mnie…
„No tak, a ja mam przerąbane”.
-… no i jak łaaadnie poprosisz, to może poproszę też o nie atakowanie ciebie.
- Tu nie ma się z czego śmiać kobieto – rzuciłem stanowczo – ślady wojskowych, sprzęt do nurkowania i porzucony obóz na brzegu. Do tego ta żywność może wyglądać, jak z fabryki Khazaru, ale równie dobrze może być to prowiant wojskowy jakiejś innej nacji.
Od dłuższej chwili chodziła mi po głowie myśl, że to jednak Sanbetsu przypuściło atak. Spotkałem się z konserwami, których żarcie smakowało ohydnie, ale było pełne substancji odżywczych. Sporo się zmieniło, więc równie dobrze mogło to być cesarstwo Nag, czy też Babilon.
- No i najważniejsze: czujesz się bezpiecznie w kraju, gdzie na twoim terenie ktoś rozwala samolot pasażerski? Zostaliśmy zestrzeleni, więc choćby to byli i Szamani – weźmy stąd, ile tylko się da.
Hisana pokiwała głową. Była w lekkim szoku i najwyraźniej moje słowa do niej dotarły. Złapała pewniej za rękojeść pistoletu.
- Wiesz jak się tym posługiwać?
- yhm, trochę jeszcze pamiętam z wykładów.
- wykładów?
- jestem studentką. Myślałeś, że Khazar ot tylko dzikusi, odziani w skóry, wchłaniający banany?
Głupio się przyznać, ale tak właśnie myślałem. Przynajmniej do czasu starcia z Kor’Quanem. Na samą myśl o tym rozbolały mnie plecy. Dobrze wiedzieć, że w tym nieprzyjaznym kraju są jeszcze przychylne ci osoby. Dziwne, że jeszcze ona nie zapytała o mój zawód. Może podświadomie domyślała się, z faktu, jak lekko posługuję się bronią. Dla pewności pokazałem jej jeszcze raz, co i jak się robi. Szybko się uczyła.
- To, jaki mamy plan?
Wiedziałem, że coś mi umknęło:
- na początku myślałem o sprawdzeniu, czy ktoś jeszcze nie przeżył. Jest już gdzieś po dziesiątej i jeśli do tego czasu nawet na horyzoncie nic nie widać, to prawdopodobnie nikt nie przeżył.
Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak chłodno i wyrachowanie to powiedziałem. Moja towarzyszka opuściła wzrok
- Miałaś tam kogoś znajomego na pokładzie?
- Wybierałam się z dwiema przyjaciółkami do tego kurortu. Wyprosiłam starego, by dołożył trochę, bo brakowało mi ze stu Kouka. A teraz…
To był odruch. Przycisnąłem ją mocno do piersi, obejmując.
- Nie pozwolę ci się smucić. Rzeczywistość wymaga od nas, byśmy to przetrwali to piekło. Jeśli ktoś będzie chciał cię skrzywdzić, pozna mój gniew.
Zastygliśmy w tej pozie w milczeniu. Kiedy już wypłakała się na mój rękaw, mogliśmy już spokojniej planować dalsze posunięcia.
- Zasadniczo powinniśmy próbować przedostać się w głąb lądu. Musimy unikać spotkań z wojskowymi, jak najbardziej się da. Jeśli będzie to wojownik Khazaru, też musimy być pewni, że nas nie zaatakuje. Nie wiadomo kto jest agresorem – jeśli w ogóle jakiś jest. Musimy znaleźć bezpieczną placówkę. Ja spróbuję skontaktować się ze szta… ambasadą Sanbetsu. Poprosiłbym o jakiś helikopter, czy coś. Wtedy moglibyśmy odstawić cię na bezpieczne miejsce.
- Karu… - zapytała cicho – czy to nowa wojna?
Zawahałem się.
- Nie… prawdopodobnie to akcja pochwycenia jakichś „terrorystów”, agresja ze strony zwolenników chaosu… coś takiego. Można to nazwać wojną… wojną nerwów.
Jako agent przeczuwałem, że chodzi o coś więcej. Przecież nie znalazł by się żaden idiota, który „ot tak dla draki” zestrzeliłby samolot. Być może to nie było nawet zestrzelenie, a pasażerski jumbo po prostu wbił się w jakąś barierę, broniącą dostępu do czegoś. Nie było sensu się nad tym długo zastanawiać – co będzie to będzie.
- Ruszajmy, Hisana. Pamiętaj – liczy się przetrwanie i pozostanie w cieniu.
Mam nadzieję, że wiekszość gra. Jeśli coś ci nie podejdzie Lorgan - pisz na PW. |
| Ostatnio zmieniony przez Pit 2010-08-08, 21:44, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
»Shiro Kumori


Poziom: Keihai
Wiek: 19 Dołączył/a 234 dni temu Posty: 16 Skąd: Kielce
|
Wysłany: 2010-08-09, 13:57
|
|
| Gdy tylko Khazarskie wojska oddaliły się od kryjówki Agentek, Shiro wyszła zza drzewa i życząc powodzenia współtowarzyszce ruszyła na północ. W oddali słychać było powietrze przecinane przez śmigła helikopterów, co zdradzało ich pozycję, ale i zagłuszało obecność nieprzyjacielskiej piechoty. Dziewczyna bez pośpiechu przemierzała las wypatrując i nasłuchując patroli. Cały czas szła wzdłuż murów, utrzymując od nich bezpieczną odległość. Po chwili przystanęła, aby obmyślić plan przedostania się do miasta. Z raportów wywiadu wynikało, że przez Sermorę przepływa dość spora rzeka. Trzeba było mieć jedynie nadzieję, na natknięcie się na jakiś cywilny statek. Kolejny etap marszu nie był tak prosty, z każdym metrem zbliżającym Agentkę do rzeki, pojawiało się coraz więcej patroli. Widocznie obrońcy znali słaby punkt Sermory, więc dziewczyna musiała znacznie częściej chować się przed Khazarskimi żołnierzami i helikopterami. Niekiedy było to dość trudne, ale w końcu dotarła do brzegu niewykryta. Ruch morski był wzmożony, więc łatwo było znaleźć odpowiedni statek. Agentce od razu rzucił się w oczy niewielki kontenerowiec zatrzymany i przeszukiwany aktualnie przez wojsko. Statek znajdował się dość blisko brzegu, na którym stała Shiro. Pospiesznie włożyła trzymany w plecaku kombinezon, ustawiła cel beepera na kotwicę i wskoczyła do wody. Nad jej powierzchnią bez przerwy krążyły pojazdy wroga, nie było możliwości, żeby wynurzyć się choć na chwilę. Dopłynęła do łańcucha, gdy ten zaczął się podnosić. Agentka szybko znalazła się na pokładzie, gdzie zdjęła kombinezon i schowała się między kontenerami. Gdy tylko zauważyła skrzynię, wskoczyła do środka wyrzucając za burtę część jej zawartości. Przez niewielki otwór widziała jak statek zatrzymuje się w porcie. Miała nadzieję, że cały transport zostanie przeniesione na brzeg, lecz po trzydziestu minutach kontenerowiec znów ruszył. Shiro wyskoczyła zdenerwowana ze skrzyni i zaczęła nerwowo szukać sposobu aby dostać się na brzeg. Po chwili, spomiędzy kontenerów, wyłoniła się betonowa konstrukcja, pod którą przepływał okręt. Agentka wspięła się na kontenery i w ciągu kilku sekund znalazła się na moście. Nie zdążyła się dokładnie rozejrzeć, gdy zza budynków wyłonił się rozpędzony pociąg. Szybkim sprintem dobiegła do końca mostu i przeskoczyła na stalowy balkon ewakuacyjny pobliskiego budynku. Nim z niego zeskoczyła, zdążyła jeszcze zauważyć, że w całym pociągu znajduje się tylko jedna osoba, do tego trzymająca broń. Od razu narzuciło jej się jedno skojarzenie „szaman”. Niepokój sprawił, że przez całe ciało dziewczyny przebiegły dreszcze. Shiro szybko zeskoczyła z konstrukcji i zmierzyła w stronę celu starając się wyrzucić z pamięci obraz nadczłowieka oraz perspektywę walki z nim. Bieg ciasnymi, zaśmieconymi oraz zapełnionymi kamerami zaułkami był dość męczący, ale po chwili jej oczom ukazały się dwa potężne kominy elektrowni. Podeszła bliżej i schowała się przy pobliskim kontenerze, patrząc na mijające go patrole Khazarshich żołnierzy. |
|
|
|
 |
»Curse


Poziom: Wakamusha
Stopień: Jizamurai
Wiek: 22 Dołączyła 631 dni temu Posty: 47 Skąd: Lublin
|
Wysłany: 2010-08-09, 20:13
|
|
Pobiegła cicho, pomiędzy drzewami, na wschód. Pośród liści, mignęła jej kilka razy potężna, kamienna ściana. Zbliżyła się na tyle, by widzieć ją dokładniej, pozostając ukrytą w gęstwinie. Widziała khazarskich żołnierzy stojących na warcie. Szukała słabego punktu, gotowa natychmiast go wykorzystać.
Z kierunku, w którym biegła, usłyszała strzały. Na tyle, na ile było to możliwe, zwiększyła czujność, nie zwalniając przy tym tempa. Kilkadziesiąt metrów dalej, zobaczyła źródło hałasu. Młoda kobieta, stojąca pośród żołnierskich zwłok, zadawała właśnie śmiertelny cios ostatniemu z żyjących przeciwników. Curse przyglądała się temu z niemałą ciekawością, pilnując przy tym, by pozostać niezauważoną.
Chwilę później, kobieta przyklękła i przez moment zamarła z bezruchu. Na oczach Kasumi, obficie krwawiąca rana na ramieniu kobiety zasklepiła się. W głowie sanbetki pojawiła się majacząca słabo nazwa „Babilon”.
Zupełnie zdrowa już i sprawna kobieta, rozejrzała się wokół siebie, po czym przyjrzała się przez krótką chwilę wysokiemu murowi przed sobą. Zrobiła kilka kroków, stając tuż przy nim i zaczęła zwinnie się po nim wspinać.
Teraz to Curse rozejrzała się, nasłuchując przy tym jakichś zbliżających się odgłosów. Nie usłyszawszy nic, odczekała jeszcze chwilę, aż zealotka zniknęła po drugiej stronie muru i postanowiła pójść w jej ślady. Po drodze, przemknęła wzrokiem po martwych khazarczykach, leżących w kałużach własnej krwi.
Nadal uważna, wspięła się po murze. Zrobiła to sprawnie, ale nie tak szybko, jakby mogła. Nie chciała, by zealotka zdała sobie sprawę z jej obecności. Ta sytuacja była dla niej zbyt komfortowa, by ją zaprzepaścić. Nie sądziła, że natrafi na coś, co lepiej odciągnie od niej uwagę.
Będąc na szczycie muru zlokalizowała momentalnie kobietę, która natrafiła na następne przeszkody. Tym razem wyglądało to, na coś bardziej problematycznego. Kasumi cofnęła się na zewnętrzną stronę ściany i szybkim ruchem przesunęła się kilka metrów dalej, gdzie mogła niezauważona zeskoczyć na teren Sermory. Cały czas bacznie obserwowała sytuację zealotki, która znajdowała się na celowniku miejscowego żołnierza.
Nagle, klęcząca kobieta rzuciła w celującego do niej khazarczyka, wcześniej niewidocznym, sztyletem. Curse nie mogła się powstrzymać przed bezgłośnym jęknięciem, kiedy sztylet świsnął metr od celu. Na szczęście zealotka była sprytniejsza, więc pomimo szybkiej reakcji żołnierza, zniknęła gdzieś za rogiem pobliskiego budynku.
Agentka chciała przemknąć się w przeciwnym kierunku, jednak dokładnie z tej strony usłyszała nadbiegającą grupę khazarczyków. Rozpoznała wydawane krótko rozkazy, po których kroki rozproszyły się kilkanaście metrów od niej. Kilkoma susami przeniosła się budynek dalej, skąd nadal mogła kontrolować sytuację. Zealotka poruszała się zwinnie, uciekając przed coraz większą grupą żołnierzy. Byli dobrze zorganizowani i Curse marnie widziała szanse próbującej się im wymknąć kobiety.
Spojrzała na beeper, poszukując Shiro. Druga agentka znajdowała się daleko, a Tora nie chciała ryzykować bezsensownych spacerów po Sermorze. Postanowiła, trzymając się nadal w bezpiecznej odległości, śledzić dalsze poczynania zealotki.
Zabudowania stały się gęste, ale zupełnie nie sprzyjały ukryciu. Spoglądając co jakiś czas na malutki ekranik beepera, przemieszczała się już w kierunku, w którym, według urządzenia, znajdowała się Shiro. Curse uśmiechnęła się pod nosem.
Zealotka skręciła nagle za jeden z dużych budynków, a agentka straciła ją z oczu. Żołnierze pobiegli za nią. Rozejrzawszy się wokół i nie nie zauważywszy żadnych patroli, Kasumi przemknęła pomiędzy drzewami tworzącymi mały skwerek i jej oczom ukazał się ogromny kompleks budowlany. Wyglądał bardziej na rekreacyjny, niż wojskowy, co tłumaczyłoby małe zagęszczenie patroli.
Wiedziała, że wieść o włamaniu się na teren Sermory zealoty, ściągnie w najbliższym czasie w to miejsce więcej khazarskich żołnierzy. Spojrzała z nadzieją na beeper. |
|
|
|
 |
»Coltis


Poziom: Wakamusha
Stopień: Gunjin
Wiek: 21 Dołączył/a 167 dni temu Posty: 37 Skąd: Ełk/Białystok
|
Wysłany: 2010-08-09, 20:30
|
|
Coltis pobiegł prosto w kierunku obszaru zajmowanego przez elektrownie. Klucząc między wyładowanymi sekretną zawartością kontenerami znalazł wreszcie bramę prowadzącą do kompleksu energiotwórczych molochów, jednak ta była obstawiona przez strażników. Niewiele się zastanawiając odbiegł w miejsce niewidoczne dla oczu Khazarczyków i bez problemu przeskoczył drucianą siatkę. Pozostało teraz tylko zlokalizować generator. Robota była nadzwyczaj prosta – wystarczyło trzymać się tabliczek z ostrzeżeniami i oznaczeń na budynkach. Elektrownie były w znacznej części zautomatyzowane, toteż pracowników kręciło się tu niewielu. Zealota zręcznie omijał niewielkie grupki specjalistów od napraw mechanicznych. W końcu jego oczom ukazał się generator, który podłączony był do systemów obronnych Sermory. Ogromna konstrukcja wznosiła się na ponad trzydzieści metrów w górę. Jądro generatora otoczone było przez stalowe ramy utrzymujące zbiorniki z substancją chłodzącą, na wypadek przegrzania. Wyglądało na to, że stężenie chemikaliów było dość wysokie. W głowie Coltisa zrodził się już pewien plan. Należało przedrzeć się do stojącej tuż obok stacji kontrolnej.
-Stój, kto idzie! - krzyknął człowiek w szarym ubraniu ochronnym, gdy Babilończyk zbliżał się już do budyneczku, ale został szybko uciszony strzałem z Dragoona. Gdy postać Infulentiusa kroczyła majestatycznie w swoim czarnym płaszczu strażnikom aż zaparło dech w piersiach. Po chwili padli nieprzytomni na ziemię, a zealota opuścił wyciągniętą w ich kierunku dłoń. Przeszukał szybko ciała i użył znalezionej przy jednym z nich karty otwierającej wejście.
- Vox servi quaeso: Pulsus Caeli gere! - zagrzmiał głęboki, zimny jak lód głos Coltisa. Grupa robotników w kitlach i szarych strojach została wbita w ścianę tudzież do niej przygwożdżona na dłuższą chwilę, a w tym czasie człowieczek stojący przy głównym komputerze poczuł na swoim karku lufę Dragoona, ciepłą jeszcze od niedawnego wystrzału.
- Łapy w górę Khazarski psie. Opowiesz mi w skrócie jak wyłączyć generator. Każda sztuczka będzie kosztowała Cię życie.
- Nigdy się nie dowiesz!
Nóż śmignął błyskawicznie i nieposłuszny pracownik uderzył o posadzkę z poderżniętym gardłem. Inny człowiek podnosił się z wielkim trudem, połamany nieco po pneumatycznym uderzeniu. Rewolwer zealoty powędrował niespiesznie w jego stronę.
- Ty. To samo pytanie – krótko wyjaśnił Coltis. Po chwili dowiedział się, że należy wpisać kombinację cyfr. Potwierdził informację przestrzelając kolano informatora i zaprowadził go do konsoli, aby tamten wyłączył proces wytwarzania energii. Na koniec pozbył się niezręcznego narzędzia. I opuścił spokojnie budynek. Miarowe buczenie generatora cichło coraz bardziej. Gdy już ustało Coltis odszedł na odpowiednią odległość i strzelił w jeden zbiornik. Chłodziwo zaczęło zalewać generator. Wskaźnik temperatury, który nosił wcześniej na przegubie ręki pracownik elektrowni wskazywał teraz sporo poniżej 100 stopni. Sebastian uznał, że to wystarczy i przestrzelił po kolei kolejne zbiorniki otaczające generator.
- Tak jak myślałem – uśmiechnął się do siebie. Rozgrzana do czerwoności bryła dająca energię systemom obronnym zmieniała się w jedną wielką kostkę lodu. W środku zostało jeszcze sporo energii, ale uwięziona w silnym związku chemicznym nie miała okazji się wydostać a tym bardziej wybuchnąć. Po prostu wsiąknie w ziemię za jakiś czas. Oczywiście proces prawdopodobnie był odwracalny i generator w parędziesiąt minut mógł zacząć działać z powrotem, jeśli ktoś go włączy. Zealota wiedział co z tym zrobić.
- Vox servi...
Mroźny pył rozprysnął się we wszystkie strony w momencie gdy wewnętrzna konstrukcja maszyny została uszkodzona. Dziura była dość głęboka, jednak niemożliwością było żeby przeszła na wylot. Zanim chemia przestanie działać minie sporo czasu. Jeszcze więcej zajmie rekonstrukcja generatora czy choćby przepięcie do innego źródła. Do tego czasu...
-...Sermora powinna być już zniszczona. |
|
|
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Nie możesz ściągać załączników na tym forum
|
Dodaj temat do Ulubionych Wersja do druku
|
Powered by phpBB & Przemo © 2008 - 2010 Gaspar Markowski | | Strona wygenerowana w 0,85 sekundy. Zapytań do SQL: 18 |
|
|